Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Linkin Park już nigdy nie będzie taki sam.

Chester Bennington, wokalista zespołu Linkin Park nie żyje. Odszedł w wieku 41 lat. Niech spoczywa w pokoju.

Nie wiem, informacja ta jakoś mnie dotknęła. Oczywiście to nie jest odosobniony przypadek, wielu ludzi, których znamy ze świata medialnego odchodzi. Wielu bardzo cenię i również są/były to ogromne straty, ale tu poczułem się jakoś tak dziwnie. Swojego czasu strasznie dużo słuchałem LP, głównie w latach gdy byłem gimnazjalistą i kawałki pokroju In the end czy A place for my head na stałe gościły na mojej playliście, a i dużo wcześniej znałem ten zespół. Podobała mi się cała otoczka tych piosenek, ich niecodziennie brzmienie, głos Mike’a Shinody czy samego Benningtona. I chociaż później z zespołem się już raczej rozmijałem, bo zmienili swoje brzmienie, a i mój gust również trochę ewoluował to ogromny sentyment pozostał na tyle, że słysząc konkretne piosenki przed oczami stoją mi różne sytuacje z przeszłości. Zdecydowanie światowej muzyce będzie go bardzo brakować.


„Zaraz, czemu ja właściwie w to gram?”

To pytanie zadawał sobie nie raz, każdy gracz FIFY, który grał w tryb wieloosobowy piłkarskiej serii Electronic Arts, po jakiejś pechowej porażce, lub po srogim blamażu. Ileż nerwów, ileż zniszczonych padów, było spowodowane przez właśnie FIFĘ. Mimo to, rokrocznie sprzedawanych jest miliony kopii nowych odsłon tej serii. Dlaczego, skoro gra często przynosi tylko frustrację, nerwy, irytację, niechęć do wszystkiego i ogólną złość?

Wielu nałogowych graczy w FIFE słyszało tekst: „Skoro ciągle cię to tak irytuje, to czemu w to grasz?”. I pewnie można by rzec, że ci ludzie mają rację. W końcu ilukrotnie rozłączyło Was z serwerami EA i zaliczyło porażkę, ile razy padliście ofiarą handicapów, ile razy zdenerwowaliście się, po utracie bramki w ostatniej minucie, po jakimś głupim błędzie gry, który zawyżył o Waszej porażce? Jak często Wasi zawodnicy, nie ważne jak dobrzy, nagle, z meczu na mecz, zapominają jak prosto podać piłkę? Mniemam, że wystarczająca często, żeby można było powiedzieć, że w każdym meczu przytrafia Wam się jedno z tych zdarzeń. No i tutaj znowu powraca pytanie: „Dlaczego ja wciąż gram w tę FIFĘ?”

Wielu narzeka na FIFĘ, ale dlaczego wszyscy tak uwielbiają tę serię? Bo możesz wcielić się w rolę swoich ulubionych piłkarzy, zostać trenerem na długie lata, dobrze bawić się z kolegą, budować swoje składy, edytować taktykę, wykorzystywać ogromną bazę klubów i piłkarzy na przeróżne sposoby, grać na stadionach znanych z prawdziwego życia. No i czy jest coś piękniejszego niż strzelenie zwycięskiego gola w doliczonym czasie gry? Czy jest na świecie taka gra, która jednocześnie jest tak uwielbiana, i jednocześnie tak znienawidzona? Nie wydaje mi się. To było na tyle w tym krótkim newsie, który powstał dość spontanicznie. Miał być on temacie bardziej politycznym, ale to jest zbyt gruby temat na tę stronę. Tymczasem, peace out!


Cześć, jak leci?

Postanowiłem pokusić się o pewien wpis organizacyjny. Za nami pierwsze półrocze Anno Domini 2017. Od wpisu na podsumowanie ubiegłego roku pojawiło się tu 17 wpisów, co daje tam średnio 2-3 wpisy na miesiąc. Całkiem znośnie biorąc pod uwagę, że cały poprzedni rok zakończyłem tu z 24 wpisami, czyli średnia jak najbardziej się utrzymuje i całkiem nieźle rokuje na przyszłość. Mogło być tych wpisów z mojej ręki jeszcze więcej, ale pierwsza połowa tego roku była dla mnie dość ciężka z różnych względów – całkiem sporo czasu spędzałem na komputerze w związku z pracą i momentami nie miałem już ochoty męczyć wzroku ani ogólnie „się” jeszcze na wpisy, a równolegle studiowałem też przecież i robiłem inne rzeczy „ot tak” przy różnych projektach w różnych miejscach. Wiele to mówi c’nie? Obecnie w przerwie między jednym rokiem akademickim, a drugim, po pewnych już doświadczeniach zawodowych, podjąłem inne zarobkowe zajęcie, w sumie też bardzo związane z przesiadywaniem w internecie, tylko, że teraz… piszę artykuły dla pewnego portalu internetowego co bardzo mnie cieszy. Myślę, że wyjdzie to tylko na plus także tej stronie, bo będąc tak jakby w toku w miarę regularnego pisania nieco łatwiej złapać wenę do sklejenia czegoś ciekawego także na tę stronę. Z resztą zobaczymy jak to będzie. Jestem w dobrej myśli, szczególnie, że teraz mam kolegę do pomocy

Od jakiegoś czasu mogliście zauważyć, że na tej stronie piszę nie tylko ja. Pojawiły się i pewnie pojawiać będą się dalej wpisy Vandiego, którego większość pewnie zna z tzw. LU-DM Team, czyli społeczności związanej niegdyś z Liberty Unleashed, a teraz głównie z VC:MP (odnośnik po prawej tak wgl). Na ten moment zamieścił tu trzy swoje teksty, ale sadzę, że na tym nie koniec i mniej lub bardziej regularnie jego wpisy będą się tu pojawiać, co przysłuży się wszystkim wokół. W planach mam także zmianę nazwy strony, co za tym idzie domena, logo i inne takie ulegną zmianie, ale na tę chwilę są to jedynie plany, zobaczymy co z nich wyjdzie.

Jakby ktoś coś miał to zapraszam do komentowania wpisów czy tam jakiegoś kontaktu gdzieś, na sb na przykład. W planach zarówno ja jak i Vandi mamy kilka ciekawych wpisów, także strona będzie jeszcze fajnie funkcjonować. Trzymam za to kciuki!

Macie dobry kawałek przy okazji:


Valiant Hearts: The Great War – recenzja

Mam wrażenie, że współczesne strzelanki (głównie pierwszoosobowe) sprzedają bardzo mylny obraz wojny. Oczywiście powoli się to zmienia (chociażby najnowszy Battlefield 1), ale spora część z nich dalej pokazuje walkę jako zabawę dla dużych chłopców, gdzie jeździ się wielkimi czołgami i strzela co moment headshoty. Tymczasem tak nie jest. Wojna to przede wszystkim piekło zgotowane przez ludzi innym ludziom na ziemi. Taką właśnie wojnę pokazuje Valiant Hearts: The Great War.

Wydawać by się mogło, że zwykła przygotówka nie może nieść za sobą zbyt wielkiej dawki emocjonalnej, niezwykle potrzebnej by w miarę dosadnie i w odpowiedni sposób dotknąć tematyki wojny – w tym przypadku I Wojny Światowej. Konfliktu, który miał być wojną ostateczną, wojną, która zakończy wszystkie wojny. Nic bardziej mylnego. Ubisoft Montpellier pokazało, że siła tkwi w prostocie, zarówno pod względem stylistyki jak i samego przekazu.

Valiant Hearts to prosta gra, w moim przypadku na dwa dobre dni grania, składająca się z prostych zagadek logicznych i typowych zabiegów zręcznościowych. Stosunkowo sporo tu tzw. Quick Time Eventów, elementów w stylu „zdobądź element A, żeby uzyskać B, a dam ci C” ale mi osobiście to tak nie przeszkadzało. Z resztą, największy nacisk poszedł tu na warstwę poznania realiów historycznych jak i samej historii bohaterów. Pokrótce, gra opowiada historie kilku postaci, które dzieją się równolegle względem siebie, a nawet przeplatają. Mamy tu pewną rodzinę we Francji, gdzie to młody Niemiec ożenił się z Francuską, mają syna, mieszkają z teściem, no i co – wybucha wojna. Chłopak trafia do armii niemieckiej, podstarzały teść do francuskiej, tym samym stają po dwóch przeciwnych stronach konfliktu. Mamy też Amerykanina, który ze swoich osobistych powodów także postanowił wziąć udział w konflikcie oraz młodą sanitariuszkę, która będzie miała naprawdę sporo do roboty. No i pies. Sporo rzeczy będziemy robić z jego pomocą. Wszystko to odnajdujemy w stylistyce ciężkiego konfliktu, często nie tego z głównego frontu zdarzeń, a z obozu jenieckiego, okopów czy podziemi. Narracja cały czas wyjaśnia nam poszczególne zdarzenia, przypisuje je kontekstowi historycznemu, ale jest to na tyle nienachalne, że fajnie się to czyta. Są również rzeczy do znalezienia, które dodatkowo niosą za sobą pewną wiedzę historyczną. Całość przedstawiona jest w rysunkowej grafice, która swoją surowością jedynie podkreśla tragizm sytuacji. Wyobraźcie sobie ogrom ofiar rozrysowanych w ten sposób. No i muzyka. W większości są to utwory zagrane na pianinie, ogólnie wszystko z ramienia muzyki klasycznej. Pogoń w rytm tego utworu i zsynchronizowane z tym bombardowanie drogi to jedna z lepszych scen w grze. Oprócz oczywiście tych bardzo emocjonalnych, bo takich jest tu co niemiara, a sam koniec może wycisnąć niejedną łzę nawet z najbardziej zatwardziałego gracza, przy czym niesie też za sobą bardzo ważny morał. Gra dobitnie pokazuje, że na wojnie granica między tymi dobrymi, a tymi złymi bardzo się zaciera. Tym bardziej uwydatniona jest przez to bezsensowność konfliktu. Pokazuje, że wojna, to coś, czego nikt nigdy nie chciałby przeżyć.
Polecam zagrać każdemu, a jeśli nie zagrać to obejrzeć chociaż jakiś let’s play Roja np. (pod względem emocjonalnym dobrze się u niego to ogląda), bo to gra, która przynajmniej w moim mniemaniu, jest jedną z tych gier, które przynajmniej raz w życiu powinno się w taki czy inny sposób poznać. Warto.


Ukryty tytan – Deus Ex

O wielu grach mówi się jako o grach przełomowych, lub a jako wielkich klasykach, które każdy szanujący się gracz, powinien co najmniej znać. Weźmy na przykład takiego Half-Life’a, Grand Theft Auto III, czy Heroes of Might and Magic III. Jednak jest jeden tytuł, który ładnych parę lat temu, zbierał najznakomitsze recenzje, a dziś mało kto o nim pamięta, bądź też słyszał. Mowa o Deus Ex, studia Eidos International, która jest trochę strzelanką, trochę „erpegiem”, ale jakbym miał ją wpisać w jeden gatunek, to byłby po prostu cyberpunk.

O co chodzi w Deus Exie? Jest rok 2052 i wcielamy się w rolę 23-letniego, już byłego policjanta, JC’ego Dentona. Denton, tak jak jego brat Paul, zgodził się na zainstalowanie w swoim ciele nanowszczepów poprawiających jego umiejętności rozprawiania się z danymi problemami. Jest on członkiem fikcyjnej gałęzi ONZ-u – UNATCO, wykonując różne zadania z polecenia swojego szefa. Świat znajduje się w trakcie epidemii wirusa Gray Death, a same UNATCO ma za zadanie walczyć z organizacją terrorystyczną NSF, podejrzewaną o wysadzenie głowy Statule Wolności. Fabuła przypadnie do gustu miłośnikom rządowych teorii spiskowych, bo opowiada ona między innymi, o tym jak naprawdę (oczywiście to tylko domysł) działają rząd. Można powiedzieć, że niektóre fakty, są zgodne z rzeczywistością, a niektóre – mocno naciągane.

A teraz o najważniejszym, czyli rozgrywce. Jest to chyba najmocniejszy aspekt tytułu, choć odrobinę wadliwy. Nasz bohater posiada inwentarz, w którym może pomieścić skończoną liczbę przedmiotów, a oczywiście niektóre zajmują więcej niż jedno miejsce, a żeby się zmieściły, czasem trzeba dla nich zrobić miejsce odpowiednio je układając. Zadania, gracz może wykonywać jak mu się podoba – może zniszczyć wszystko na swojej drodze, może też wkraść się do celu, paru osobom odpierając jedynie przytomność. Niemal każde zadanie, można wykonać na więcej niż jeden sposób, a w wiele lokalizacji można się dostać, różnymi ścieżkami. Gracz dostaje też zadania poboczne, które może pominąć, a wykonanie ich, może przynieść nam dodatkowe informacje, ułatwienie zadania głównego, pieniądze, obniżenie cen u jakiegoś handlarza, lub jakąś skromną nagrodę. Wspomniani sprzedawcy, to różne osoby, spotykane w świecie gry, które mogą nam zaoferować skończoną ilość jakichś przedmiotów, ulepszeń, broń, apteczki, amunicję, lub różne akcesoria. Trzeba też nadmienić, że nawet na łatwym poziomie trudności, trzeba czasami nieźle ruszyć głową. Strzelanie i skradanie łatwe nie jest, mimo czasami wręcz komicznej inteligencji przeciwników.

Dlaczego produkt ION Storm jest tak satysfakcjonujący pod kątem fabuły? Gdyż zmienia się ona w zależności od tego co poczynimy, z kim porozmawiamy, czy wykonamy jakieś zadanie, czy też w jaki sposób je wykonamy. Dla przykładu, za graczem do końca gry ciążą konsekwencje wejścia do damskiej toalety w siedzibie UNATCO (serio). Na początku też mamy za zadanie, na tej samej mapie: odnaleźć beczkę pewnej substancji w kryjówce NSF i uwolnić zakładników ze stacji metra. Ale kto powiedział, że musimy koniecznie to robić, możemy totalnie to zignorować, wsiąść w pociąg i uciec od tego wszystkiego, tylko musimy się liczyć, że nie dostaniemy wypłaty. Nie ma w świecie gry czegoś takiego, że o wszystkim dowiemy się jak będzie czas, w odpowiednim momencie, bo jeżeli gracz dobrze poszpera to dojdzie do sedna wszystkie sam, na przykład dla kogo pracuje dana osoba, lub co zrobiła, włamując się do sekretnych pomieszczeń, czytając czyjeś e-maile, po prostu może wymagać to więcej wysiłku. Widać po prostu, że ten świat żyje, jak się zmienia, odnosi się wrażenie, że za wszystkim stoi siła, z którą nie można wygrać.

Komu poleciłbym tę produkcję? Każdemu kto o niej słyszał, szuka gry, z którą mógłby spędzić dziesiątki godzin, jakiegoś tytułu na słabego peceta, gry ze światem głębokim, zmieniającym się w zależności od tego, co zrobi gracz, no i też fanom teorii spiskowych. Ja później dorzucę Wam jeszcze kilka screenów z gry i kończę tego newsa, z nadzieją, że zachęci kogoś do sięgnięcia po „Deusa”.

Ciao!


Lektury nie są złe

Człowiek inaczej patrzy na lektury szkolne jak jest już po maturze. Wiadomo, podczas edukacji czy omawiania danego utworu trudno odnaleźć radość z czytania, jeśli głównym, odgórnym zamierzeniem jest zapamiętanie czy bohater był ubrany w długi czy krótki płaszcz. Dodatkowo dochodzi presja czasu, bo czytamy głównie na ostatnią chwilę i zostajemy ze szczątkowym streszczeniem, bo coś jednak wiedzieć wypada. Tymczasem kilka kanonowych pozycji to naprawdę udane utwory, po które chętnie sięgnąłbym bez żadnego odgórnego nacisku. Przykładowo, jaa miałem to szczęście, że np. takiego Hobbita nie omawiałem, a sięgnąłem po niego z własnej woli co zaowocowało fascynacją pięknym światem Tolkiena do dziś – czy byłoby tak gdybym ją omawiał w szkole? Tej pewności nie mam. Dziś chciałbym się skupić głównie na jednej – książce, która w jakiś tam sposób prawie idealnie trafiła idealnie w moje gustum. Dżuma Alberta Camus.

Na podstawowym poziomie, Dżuma to historia ogarniętego epidemią tytułowej dżumy miasta Oran w Algerii oraz perypetii jego mieszkańców w tym okresie. I zasadniczo na tylko tym poziomie książka się broni. Zwroty akcji, budowanie emocji, swoisty niepokój cały czas towarzyszący czytelnikowi – jest naprawdę dobrze. Ale główną zaletą tego dzieła nie jest tylko dobrze napisana historia. To jedna z najbardziej uniwersalnych książek jakie w życiu czytałem! Z resztą, sama określa się jako książka-parabola.

Jest rzeczą równie rozsądną ukazać jakiś rodzaj uwięzienia przez inny, jak ukazać coś, co istnieje rzeczywiście, przez coś innego, co nie istnieje.

Daniel Defoe

Pod pojęciem dżumy można podpisać tak naprawdę wiele innych rzeczy. To już nie tylko sama choroba, to nie tylko od razu przychodząca nam na myśl II Wojna Światowa (kominy w tle, otoczka jak z Getta podczas powstania). To wszelkie zniewolenie, wszelkie zło jakie możemy sobie wyobrazić i walka z nim z poziomu postaci postawionej często na z góry straconej pozycji, bo ten pierwiastek jest w każdym z nas, nikt nie jest, metaforycznie, tylko biały czy tylko czarny ani nikt często nie ma monopolu na prawdę. Ale w tej pozycji tak naprawdę nie ma nic pesymistycznego. Trochę banał, ale liczy się ciągłe dążenie do perfekcji, której nigdy się nie osiągnie i no cóż, tak ma być!

Z poglądów autora bije przeświadczenie, że jedynym wyznacznikiem moralności jest zwykła uczciwość. Ona to każe przede wszystkim bronić człowieka, a co za tym idzie – nie zgadzać się na zło (cytat z wiki) pod czym w pełni się podpisuję. Tak naprawdę tu nie chodzi by dzielić ludzi (jak w książce na chorych i zdrowych) ze względu na ich religię czy nację, a na to, czy są najzwyczajniej dobrymi czy złymi ludźmi. Swoją drogą jak mało w dzisiejszym świecie jest właśnie takiego podziału. Cały czas tworzymy sobie sztuczne my i wy na każdej płaszczyźnie od ulubionego koloru po fundamenty światopoglądowe. Ba, chorych nazywamy zdrowymi, a zdrowych chorymi. Wymyślamy sobie wyimaginowanych wrogów, bo tak naprawdę nie dajemy rady samym sobie. Czyż nie jest tak? Bardziej chcemy przekonać samych siebie, że mamy rację, niż że ktoś się myli. Usprawiedliwiamy się, bo po prostu tak i już. Łatwiej. Tymczasem linia podziału przebiega zupełnie w innym miejscu niż sądzimy. Pomyślmy czasem po której stronie jesteśmy – walczymy z chorobą? A może już dawno daliśmy się zarazić? Diagnozę poznamy dopiero po fakcie.


Muzyka 8bit jest git.

Nie lubię pytania „jakiej muzyki słuchasz?”. Nie wiem, może to źle zabrzmi, ale myślę, że mam na tyle uniwersalne zainteresowania w tym temacie, że nie ograniczam się raczej do jednego gatunku – mam jakieś tam swoje listy „top” i pewnie jakiś nurt w nich dominuje, ale nie zagłębiam się nad tym raczej, a jeśli już postaram się odpowiedzieć, to mam wrażenie, że zadający mi to pytanie nawet nie zrozumie o co mi do końca chodzi. Ogólnie podobna sprawa ma się z grami, książami czy filmami. Nie słucha/gra/czyta się przecież gatunków, a konkretne dzieła i różne świetne rzeczy można odnaleźć w różnych odłamach danego tworu. Z resztą chyba nie ma takiej osoby, która aż tak by zawęziła swój odbiór, że powiedzmy ogląda tylko horrory i nic więcej – no prawie niemożliwe. Wracając, tak w baaardzo dużym uproszczeniu, głównie gustuję w szeroko rozumianej muzyce lat ’80-’90 oraz w tzw. chip music (w sumie to też muzyka z tego okresu) i to na ten temat chciałbym napisać kilka słów.

Chiptune, bo w sumie z takim określeniem spotkać można się nawet częściej, to gatunek muzyki elektronicznej bazujący na dźwiękach z chipów komputerowych. Głównie kojarzony jest ze ścieżkami dźwiękowymi starych gier i konsol, czyli powiedzmy z muzyką z naszego rodzimego Pegasusa. Może zauważyliście lub nie, ale zwracam bardzo dużą uwagę na muzykę w grach, a tamte konsole w połączeniu z wiadomą nostalgią potrafiły robić prawdziwe cuda w tym klimacie.

Jeśli szczególnie miałbym polecić jakiś projekt to zdecydowanie jest to Milos and Chip Jockey działający od 2009 roku, zajmujący się właśnie takimi brzmieniami. Moim zdaniem jest jedna z najlepszych grup tego typu, przy okazji są to nasi rodacy! Chłopaki zrobili niedawno m.in. świetny motyw przewodni dla Dark Archona i serwisu gramburger.pl, czy też współpracowali wcześniej z contrabanda.eu w kwestii muzyki, więc nie byle kto i co. Fajna muzyka, fajne serwisy – Polecam!


O języku naszym. Tak trochę.

Jakiś czas temu robiłem porządek z moimi rozprawkami ze szkoły i m.in. trafiłem na temat o języku. Pomyślałem, że to całkiem dobry pretekst by napisać coś na stronę na ten temat. Było to już w sumie kilka miesięcy temu i szkic, zarys tematu jak zalegał tak zalega.. i pewnie byłoby tak nadal gdyby nie pewien filmik, który idealnie trafił w moje zdanie. Ale od początku.

Wszyscy wiemy, że język angielski zadomowił się na dobre w naszych wypowiedziach, a zwroty pokroju „Ok, no problem” czy „sorry” w większości już zbytnio ludzi nie dziwią, nie rażą. Stał się na tyle powszechny. że niektórzy stawiają go na równi z ojczystym, a momentami nawet i wyżej. W kręgach ludzi ubiegających się o pracę panuje ogólnie taka anegdota pół żartem, pół serio: pracodawca na rozmowie kwalifikacyjnej pyta interesanta jakie zna języki obce. Kiedy otrzymuje odpowiedź, że angielski odpowiada: „ale ja pytałem o obce.”

Albo inna kwestia. Ktoś gdzieś, w kręgu for fanów kina czy nie wiem, gier, wśród swoich wypowiedzi rzuci obcobrzmiące dla niektórych słowo „trailer”, no i co, i już zaraz na bank znajdzie się przynajmniej jeden poruszony, ktoś zaraz powie: No ale ja przepraszam bardzo, dlaczego na siłę używamy angielskich słów, skoro w naszym pięknym, polskim języku mamy taki piękny, POLSKI wyraz „zwiastun”? Przecież to jest istna obraza!

..Serio?

Pierwsze primo – jeśli ktoś użyje w swoim sforsowaniu „obcego słowa”, w tym przypadku niech jest ten „trailer”, to zwykle nie jest to spowodowane chęcią jakiegoś zabłyśnięcia czy nie wiem, jakimś szpanem, wielką komercjalizacją, spaczeniem umysłu blabla czy czymkolwiek. Ktoś tak napisał/powiedział… bo po prostu tak, bez większej ideologii. Takie słowo komuś akurat przyszło na myśl i pasowało mu do kontekstu wypowiedzi. Strasznie słabe jest takie przyczepianie się do kogoś o użycie danego słowa. Coraz częściej skupiamy się na formie, gdzie traci na tym treść, ale to już na marginesie i nie, nie namawiam tu do niechlujstwa językowego, bo nie. Najzwyczajniej nie bądźmy tak ortodoksyjni w niektórych kwestiach. Język jest czymś żywym i nieustannie się zmienia. Jeszcze niespełna 100 lat temu mówiono zupełnie inaczej, ba, nasi rodzicie mówili inaczej niż my i może kogoś zadziwię, ale JEST TO NORMALNE.

na świecie istnieje wiele języków i mimo różnych ewolucji zachowały one swoją „charakterystyczność” i nikt nie mówi o ich wyginięciu, mimo, że też uległy niesamowitej zmianie, tylko po prostu nas to tak nie boli.

Nasza naczelna internetowa encyklopedia mówi nam o wielu zapożyczeniach w naszym języku, które na pierwszy rzut oka wydawałyby się typowo polskimi słowami:

atłas (tur.), atrament (łac.), biennale (wł.), baca (węg.), bestseller (ang.), bryndza (rum.), brydż (ang), butik (fr.), czerep (białor.), czyhać (czes.), dumping (ang.), embargo (hiszp.), hultaj (ukr.), juhas (węg.), kalafior (wł.), kołchoz (ros.), kolumna (łac.), kombi (niem.), komputer (ang.), loggia (wł.), serial (ang.), torba (tur.), watra (rum.), wagon (ang.), werbunek (niem.), wiedźma (ukr.), zsyłka (ros.), żakard (fr.), żulik (ros.) itd.

Wgl uwaga, w niektórych językach istnieją także słowa pochodzenia polskiego. (klik!, klik!).

Oczywiście nie możemy przegiąć także w drugą stronę. Wiadomo złoty środek i tak dalej, nie chodźmy na running, a na spacer czy zamiast breakfastu zjedzmy, normalne, nasze śniadanie. Najzwyczajniej starajmy się nie popadać ze skrajności w skrajność, bo (w sumie jest to trochę myśl przewodnia) każda skrajność jest zła, obojętnie czego by nie dotyczyła, a o nasz język ojczysty nie macie co się aż tak bać. Nikt mu zginąć nie da, bo i jest to najzwyczajniej niemożliwe.

Aaaa i ten filmik obejrzyjcie koniecznie. Polecam.


Festiwal dawnych komputerów i gier

Parę dni temu, dość niedaleko mnie, miało miejsce całkiem ciekawe wydarzenie. Odbywał się tzw. Festiwal dawnych komputerów i gier organizowany przez lokalne muzeum, na którym szcześliwym trafem dane było mi być.

Udając się na te przedsięwzięcie, nie miałem wysokich oczewiań. Myślałem, że wbije na chwilę i zaraz wyjdę – tymczasem spędziłem tam myślę dobre ponad godzinę. Myślałem też, że wystawa będzie praktycznie pusta, lecz trafiłem akurat, że jakaś szkoła też tam sobie zwiedzała, więc było mi stosunkowo łatwo w jakimś stopniu wtopić się w tłum.

Wchodzę, mijam recepcję czy coś w tym stylu, dzień dobry, dzień dobry i udaję się od razu na miejsce. Tam wita mnie około 20 stanowisk, każde z inną konsolą i załączonym tytułem gotowym do zagrania. Runda wokół całości, żeby przyjrzeć się mniej więcej z czym mam doczynienia, no i co, może warto gdzieś przysiąść co nie? Pierwsze kroki były oczwyste – gdzie jest NES?

Przy stanowisku siedzieli już jacyś chłopcy, nie mam wyczucia ile lat, w każdym razie sporo młodsi. Stoję, przyglądam się jak im idzie. Na ekranie kultowe Super Mario Bros. Jakoś tam grają, przy wpadce przy końcówce drugiego poziomu odpuścili, odeszli to mówię przysiądę, pokażę co umiem, a warto wspomnieć, że Mario trochę liznąłem. Tu niby nie wypada się tak znów chwalić, ale w każdym razie zrobiłem chyba jakieś wrażenie, bo zaraz podbił kręcący się wokół typ od mediów i zaczął nagrywać obraz ekranu co robię, o twarzach wcześniejszych, młodszych użytkowników jak wyglądały nie wspomnę Z jakimś typem z radia gadałem nawet sobie. W ogóle gość, ten co to wszystko organizował, miał i inne oryginalne kartdridże do NESA, ale nie byly odpalane. Pytałem o Contrę, ale nie miał. Trudno, szkoda.

Następny na tablicę poszedł Prince of persia wyglądający jak to, cieżko stwierdzić na czym, coś jak stary Mac. Wersja z wyglądu niby jak ta Pegasusowa to mówię będzie bez problemu. Aha, jasne. Ok, poszło. Gra jak gra, chociaż sama przyjemność już nieco toporna. Strasznie wolno to wszystko chodziło, ale w sumie nie o to tu chodziło, a o obcowanie z samym sprzętem, poznanie jak to działa.

Chwila przerwy. Zerkam w prawo, jakiś stary PC, na oko przełom wieku, gość gra w pierwsze GTA, jeszcze dalej jakieś wyścigi. Ja idę dalej. Siadam do Atari 65XE.

Nie wiem nawet w co grałem jak mam być szczery. Wyglądało to jak taki tunel, w którym płyniemy(?) z niezwykle dużą prędkością i omijamy przeszkody za pomocą takiej specialnej gałki. Swoją drogą Atari 2600 też było, robiło lepsze wrażenie, ale nie zasiadałem jakoś do tego. Podobnie jak do jakiejś konsoli/kontroler dedykowanego specialnie do jakiejś konkretnej gry. Wyglądał jak kompas piracki i sama rozgrywka też tam się przy tym opierała. Nie wiem co to. Przysiadłem też trochę np. do Segi i Sonica, ale ja tam jakimś wielkim fanem niebieskiego jeża nie jestem. Była też m.in. Amiga 500, Nintendo 64 z Mario Kart, PONG, Commodore 64 czy też coś pierwowzór dzisiejszych kontrolerów wykorzystujących ruch oraz inne ciekawe, podobne sprzęty.

W sumie całe przedsięwziecie to naprawdę fajna sprawa. Dobra okazja dla przypomnienia sobie gier przez starszych jak i poznania niektórych konsol przez młodszych. To również calkiem ciekawa część historii. Osobiście polecam zarówno wszelkie takie wystawy, jak i bardziej w temacie, by mieć swoją ulubioną retrokonsolę na własność, by móc zagrać w tytuł z dzieciństwa nie tylko od „święta” podczas spotkań jak te, ale w dowolnym momencie, kiedy przyjdzie na to ochota.


Wizualizacja mocno

Krótkie przemyślenie raczej.

Jakiś czas temu w internecie głośnym tematem była tzw. wizualizacja marzeń. Trochę a propos, a trochę tak o, przypomniała mi się pewna historia, której niedawno byłem świadkiem. Autentyk, serio.

Lokalna galeria, niedziela czy inny wolniejszy dzień, siedzę sobie gdzieś czy tam miotam się miedzy kolejnymi sklepami czyhającymi na klienta, widzę taką scenkę. Dziecko znudzone zakupami siada sobie do takiego autka, co tam trzeba wrzucić dwa złote i dzieją się rożne rzeczy wtedy, gra, świeci i tak dalej. No i co, prosi mamę czy tam tatę żeby mu te 2 złote dali, bo bez tego to nie działa. Na to rodzic odpowiada: to wyobraź sobie, że działa.

:|