Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Czerwony Liverpool – czyli o zaakceptowaniu przyzwoitości – podsumowanie sezonu 2016/17.

Nawiązując do wpisu Piterusa, który podsumował sezon swojej ulubionej drużyny – Realu Madryt (oczywiście zachęcam do przeczytania). Pisał on w nim jaki ten sezon nie był dla Królewskich udany, no bo w końcu był. No to teraz czas, aby drugi redaktor coś skleił na temat swojego ulubionego klubu, ale jednak będzie to notka o nieco odmiennym nastroju. Jak wyglądał sezon 2016/17 Liverpoolu z perspektywy ich kibica?

Koniec sezonu 2015/16, Bazylea
Finał Ligi Europy, ostatnia nadzieja Liverpoolu na europejskie puchary w nowym sezonie, The Reds prowadzą po golu Daniela Sturridge’a. Koniec pierwszej połowy. Wszystko idzie zgodnie z planem, wynik mógłby być wyższe gdyby nie kilka kontrowersyjnych decyzji. Jednakże po wznowieniu gry Sevilla błyskawicznie wyrównuje Kevinowi Gameiro, a później na prowadzenie wyprowadza ich Coke. Ten sam zawodnik, kapitan Sevilli, przelewa czarę goryczy, jest 3:1 i piękna przygoda z europejskimi pucharami kończy się na finale, jednak bez happy endu.

Ale i w porażce i braku europejskich pucharu są pozytywy.
W końcu można w okienku poszerzyć skład, aby był gotowy do walki tylko na jednym froncie – w Premier League! W końcu Jurgen Klopp dawał szanse juniorom, aby jego pierwszy skład był gotowy na mecze w Lidze Europy.

Nadchodzi czas okienka transferowego
Nie było wątpliwości, że trzeba poszerzyć skład, aby regularnie bić się o najwyższe cele. Największe luki były w obronie. Choć do ekipy dołączył Joel Matip, to odszedł Kolo Toure, a z trenerem pokłócił się Mamadou Sakho. Klopp widział zastępcę w 29-letnim kapitanie reprezentacji Estonii, Ragnarze Klavanie, który o dziwo wypalił. Zamiast kupować upragnionego lewego obrońcę, Klopp postanowił ustawiać tam Jamesa Milnera, który radził sobie na tej pozycji poprawnie. To jednak zmniejszało konkurencję w środku polu, gdzie na pomoc przyszedł Georginio Wijnaldum z Newcastle United. Do klubu trafił także (z Southamptonu, a jakże) Sadio Mane, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Jednak z drugiej strony z klubu odeszli Christian Benteke i Joe Allen. Warto wspomnieć też o Lorisie Kariusie, młodym, utalentowanym niemieckim bramkarzu z Mainz, który zasilił szeregi The Reds, no i o kończącym karierze Alexandrze Manningerze, który przychodząc do klubu, był świadom swojej roli trzeciego bramkarza.

Czy to nowa potęga, czy wciąż została chimeryczność?
Nastroje kibiców były wesołe po wygranej inauguracji sezonu na wyjeździe z Arsenalem, jednak ci szybko zostali sprowadzeni na ziemię, wyjazdową porażką 0:2 z Burnley. Pojawiały się duchy przeszłości i zwątpienie, którego nie wymazały pucharowe zwycięstwo z Burton Albion, remis z Tottenhamem na wyjeździe, pokonanie Mistrzów Anglii i wyjazdowa wygrana z Chelsea. Wciąż każdy obawiał się jednak jak to będzie w starciach ze słabszymi, gdyż nadchodziły mecze w Pucharze Ligi z Derby County, oraz ligowe potyczki z Hull City i Swansea City. Jednak wszelkie obawy zostały rozwiane. „Barany” The Reds drugim garniturem ograli 3:0, z „Tygrysami” gładko wygrali 5:1, a z „Łabędziami” musieli odrabiać straty, ale wygrali 2:1. O formę zespołu można spać spokojnie, nieważne jakiej klasy to rywal, ważne że niemal zawsze to The Reds kończyli mecz na tarczy. Teraz tylko utrzymać formę do końca sezonu i gonić czołówkę.

Nadchodzi przecież mecz z Manchesterem United – odwiecznym rywalem
Wielkie oczekiwania na wspaniałe widowisko między dwoma najbardziej utytułowanymi klubami w Anglii nie zostały jednak spełnione. Mieliśmy w całym meczu jeden strzał celny, Manchester United cofnął się, bał się zaatakować, a Liverpool nie mógł się przebić przez defensywę Czerwonych Diabłów.

Piękny sen jednak trwał
The Reds jednak wrócili do wygrywania spotkania za spotkaniem, a tercet ofensywny Coutinho, Firmino, Mane stał się czymś czym MSN jest dla Barcelony. Świadczyły o tym wygrane z West Bromwich 2:1, Tottenhamem 2:1 w Pucharze Ligi, 4:2 z Crystal Palace, no i w końcu. Mecz, w którym Liverpool dosłownie zniszczył rywala na każdym froncie, wygrana z Watfordem 6:1, która wyniosła The Reds na szczyt tabeli. Czemuż ta przerwa reprezntacyjna musiała nastąpić akurat w tym momencie, gdy forma podopiecznych Jurgena Kloppa była niemalże perfekcyjna, a lekkie zastrzeżenia mogła budzić duża liczba bramek straconych, ale nie można było narzekać. Szykowała się pasjonująca walka o tytuł przeciwko Chelsea.

Drobne momenty
Pierwszy mecz po przerwie reprezentacyjnej, okazał się jednak być rozczarowujący, gdyż Liverpool zremisował bezbramkowo na wyjeździe z Southamptonem tracąc pozycję lidera. Jednak The Reds nie zapomnieli jak się wygrywa i odnieśli wygrane 2:0 z Sunderlandem w lidze, oraz z Leeds United w ćwierćfinale Pucharu Ligi. Tutaj wydawało się, że seria meczów bez porażki musi trwać. Jednak nadeszło inne zmartwienie – kontuzja Philippe Coutinho. Jak wpłynęło to na wyniki Liverpoolu?. Nadeszło w końcu jesienne, niedzielne słoneczne popołudnie w malutkim Bournemouth. Mecz przebiegał zgodnie z planem, Liverpool gładko prowadził do przerwy 2:0. Po przerwie Bournemouth odpowiedział bramką z rzutu karnego, ale niedługo potem było już 3:1 i wydawało się, że ten mecz jest już wygrany. Do czasu, gdy defensywa zaczęła się gubić, popełniać szkolne błędy, a Wisienki rzuciły się do ataku. Stało się najgorsze. Najpierw bramkę kontaktową zdobył Ryan Fraser, potem ładnym strzałem wyrównał Steve Cook, a w doliczonym czasie, po błędzie Kariusa, piłke do siatki wpakował Nathan Ake. O meczu trzeba była jak najszybciej zapomnieć, a Klopp musiał użyć paru ostrych niemieckich wyrazów, aby takie coś, więcej się nie przytrafiało. Przyszedł mecz z West Hamem United na Anfield. W bramce walczący wciąż o uznanie Loris Karius. W piątej minucie Liverpool na prowadzenie wyprowadził Lallana, ale potem Payet wyrównał z wolnego po katastrofalnym ustawieniu Kariusa w bramce, oraz nie zachował się najlepiej przy bramce na 1:2 Michaila Antonio. Na szczęście bramkarz Młotów, sam popełnił koszmarny błąd, który pozwolił Origiemu wyrównać na 2:2. Czy to chwilowa zadyszka? A może już początek czegoś dłuższego? Czy to efekt braku Coutinho?

Czas weryfikacji
Ważnym meczem aby powrócić do wygrywania, było spotkanie wyjazdowe z Middlesbrough. Tutaj w końcu The Reds zaprezentowali dobry futbol i pewnie wygrali 3:0. Więc jak się okazało, bez Coutinho świat się nie kończy. Ostatnia kolejka przed świętami, w poniedziałkowy wieczór obfitowała w spotkanie, na które sympatyków obu drużyn nie trzeba zapraszać. Derby Merseyside na Goodison Park! Miał być to mecz niesamowity, porywający, ciekawy. Otrzymaliśmy nudny spektakl, jedyne co się działo to brutalne faule. Niczym mecz z League Two. Liverpool atakował co raz śmielej, ale nie mógł się przebić przez defensywę The Toffees. Aż do 94 minuty, gdy po strzale Daniela Sturridge’a, który trafił w słupek, piłkę do bramki dobił Sadio Mane. Przy świątecznych stołach dobre humory zapanowały tylko w czerwonej części miasta. Ale w Drugi Dzień Świąt też przecież gra się w Anglii w piłkę. Ale piłkarze Liverpoolu nie zjedli za dużo, bo pokonali na Anfield Stoke City 4:1, a w końcu, w lidze odpalił Sturridge. W Sylwestra, The Reds godnie pożegnali rok 2016, pokonując 1:0 po kapitalnie rozegranym meczu Manchester City i można było z optymizmem patrzeć, co przyniesie druga połowa sezonu, rok 2017.

Styczeń 2017
Już dwa dni po wspaniałej wygranej z The Citizens, czekała podróż na Stadium of Light, na mecz z Sunderlandem, gdy wydawało się, że The Reds wyszarpią wygraną 2:1, z rzutu karnego, wywalczonego dość w szczęśliwy sposób wyrównał Jermain Defoe. Był to ostatni mecz Sadio Mane przed wyjazdem na Puchar Narodów Afryki z kadrą Senegalu. Ten mecz rozpoczął miesiąc najbardziej zagęszczony meczami, jak się okazało, był to miesiąc do zapomnienia. The Reds w bardzo odmłodzonym składzie rozpoczęli rywalizację w FA Cup, domowym starciem z czwartoligowym Plymouth Argyle. Wydawało się, że ta przeprawa powinna być łatwa, lecz rozpaczliwa defensywa „Pielgrzymów” opłaciła się, bo remis 0:0, doprowadził do powtórki meczu na Home Park. Ale OK, zdarza się. Potem wyjazd na Old Trafford na Derby Anglii z Manchesterem United, bo dobrym meczu pada remis 1:1 i nic nie zapowiadało tego co miało się dziać potem. W środku tygodnia Liverpool wyjeżdża do Southamptonu na pierwszy mecz półfinału Pucharu Ligi, w słabym stylu przegrywając 0:1. Potem jednak przyszło wyjazdowe zwycięstwo 1:0 z Plymouth Argyle, po pierwszym od 8 lat golu Lucasa. Następnie The Reds rozgrywali cztery mecze u siebie, idealna okazja by wrócić do formy. Mecz ze Swansea City miał przypieczętować rok bez porażki na Anfield. Jednak bo wyrównanym meczu, to Swansea zgarnęło 3 punkty, wygrywając 3:2. Rewanżowe starcie półfinałowe z Southamptonem, po rozpaczliwych i nieudanych atakach, przyniosło kolejną porażkę, tym razem 0:1 po kontrze w doliczonym czasie gry. Mecz Pucharu Anglii z Wolverhampton Wanderers to już obraz nędzy i rozpaczy, porażka 1:2 z „Wilkami” w koszmarnym stylu, przedwcześnie zakończyła zmagania The Reds w Pucharze Anglii. Została tylko Chelsea. Ta Chelsea, która niszczyła wszystko na swojej drodze w lidze. Mecz zakończył się jednak remisem 1:1, po tym jak karnego Costy obronił Mignolet. W takiej sytuacji, nawet jeden punkt mógł niestety ucieszyć niektórych kibiców.

Trzeba było się otrząsnąć
Styczeń trzeba było zostawić za sobą i skupić się na walce o wysokie cele w lidze, na jedynym froncie, na którym Liverpool jeszcze pozostał. Ale sprawy pogorszyła kolejna porażka, na wyjeździe z Hull City 0:2. Z walki o mistrzostwo, The Reds przeszli do rozpaczliwego boju o miejsce w Top 4, premiowane upragnioną Ligą Mistrzów. Można było być pełnym obaw, bo w końcu na Anfield przyjeżdżał Tottenham, który zachwycał wysoką formą. Jednakże Liverpool pokonał „Koguty” 2:0 bo dwóch golach powracającego Sadio Mane. Czy tak katastrofalna forma w styczniu to efekt braku Mane? Miało się to okazać, dwa tygodnie później na wyjeździe przeciwko walczącemu o utrzymanie i świeżo po zwolnieniu Claudio Ranieriego Leicester City. Obóz treningowy w hiszpańskiej La Mandze mógł tylko i wyłącznie pomóc The Reds, ale… „Lisy” Craiga Shakespeare’a zdominowały Liverpool wygrywając 3:1, i znów powróciła frustracja. Frustracja spowodowana himerycznością Liverpoolu, mentalnością przeciętnej drużyny. Nikt nie był nawet zaskoczonym pokonaniem Arsenalu 3:1, bo już każdy wiedział, że następny mecz jest przeciwko Burnley. Gdy „Bordowi” objęli w dziesiątej minucie objęli prowadzenie, na myśl przychodziła jedna rzecz. „K***a znowu”. Jednakże Liverpool pokazał charakter, odrobił straty i wygrał 2:1. W końcu udało się pokonać ekipę z niższej półki. A zwycięstwa i punkty był przecież bardzo potrzebne. Później nastał mecz wyjazdowy z Manchesterem City, po dobrym spektaklu, zakończony remisem 1:1. Nastała przerwa reprezentacyjna, The Reds przygotowywali się do wznowienia rozgrywek na hiszpańskiej Teneryfie. Gdzieś już to widziałem…

Powrót do codzienności
Umiejętność pokonywania rywali z niższej półki była teraz najważniejsza, bo w ligowym kalendarzu nie było już meczów z ekipami z „Top 6”. Ale zaczęło się od Derbów Merseyside. Liverpool gładko pokonał 3:1 Everton, lecz przez kontuzję stracił do końca sezonu Sadio Mane. Potem jednak, po kilku błędach w defensywie, przyszedł remis 2:2 z Bournemouth na Anfield. Sytuacja wygląda rozpaczliwie, gdy do przerwy w nowej formacji, The Reds przegrywali 1:0 do przerwy ze Stoke City. Na szczęście, Coutinho i Firmino wprowadzeni w drugiej połowie, odwrócili losy spotkania, a trzy punkty trafiły na konto The Reds. W Wielkanoc przyszła spokojna wygrana 1:0 z West Bromem. Wszystko wyglądało dobrze, ale jednak przyszedł mecz u siebie z Crystal Palace, który The Reds przegrali po ogromnym pokazie nieskuteczności, wynikiem 1:2. Zwycięstwa, nawet wyszarpywane, były potrzebne w każdym z pozostałych czterech spotkań. To też na wyjeździe z Watfordem, Liverpool wyszarpał wygraną 1:0 po pięknym golu Emre Cana. Ta sztuka nie udała się z Southamptonem, gdyż mecz zakończył się wynikiem 0:0, a karnego nie wykorzystał perfekcyjny dotychczas James Milner. Klopp w końcu zmienił ustawienie z oklepanego 4-3-3, zaczął grać systemem 4-1-2-1-2, co przyniosło efekty, bo jego podopieczni gładko roznieśli West Ham 4:0. Został ostatni akord walki o Ligę Mistrzów. Wygrana w meczu z Middlesbrough gwarantowała co najmniej 4 miejsce, była szansa nawet na trzecie, zakładając że Man City nie pokona Watfordu, co oznaczałoby bezpośredni awans do Ligi Mistrzów. Zwycięstwo było jednak potrzebne, bo za plecami czaił się Arsenal.

Ostatni akord
O miejscu trzecim można było zapomnieć, bo kiedy na Anfield było jeszcze 0:0, Manchester City prowadził z Watfordem już 4:0. Co gorsza, Arsenal prowadził 2:0 z Evertonem. Jednak upragnione prowadzenie, pod koniec pierwszej połowy, dał Georginio Wijnaldum, a po przerwie wynik na 3:0 podwyższyli Philippe Coutinho z wolnego i Adam Lallana. Wynik ten oznacza jedno – widzimy się w Champions League!

Parę słów na koniec
Po sparingu w Australii, zaczęły się wakacje i czas transferów. Na pierwszy rzut oka nie powalają, bo są to tylko Dominic Solanke, Mohamed Salah i Andrew Robertson. Z drugiej strony nie odeszły najważniejsze ogniwa, inne transfery mogą jeszcze mieć miejsce, a każdy z tych zawodników w presezonie prezentował sięna bardzo wysokim poziomie. W każdym razie, trzeba czekać co przyniesie nowy sezon w Premier League, oraz czy uda się wywalczyć Ligę Mistrzów w starciu z Hoffenheim. Na dziś to tyle, mam nadzieję że nie zanudziłem, peace out!


„Zaraz, czemu ja właściwie w to gram?”

To pytanie zadawał sobie nie raz, każdy gracz FIFY, który grał w tryb wieloosobowy piłkarskiej serii Electronic Arts, po jakiejś pechowej porażce, lub po srogim blamażu. Ileż nerwów, ileż zniszczonych padów, było spowodowane przez właśnie FIFĘ. Mimo to, rokrocznie sprzedawanych jest miliony kopii nowych odsłon tej serii. Dlaczego, skoro gra często przynosi tylko frustrację, nerwy, irytację, niechęć do wszystkiego i ogólną złość?

Wielu nałogowych graczy w FIFE słyszało tekst: „Skoro ciągle cię to tak irytuje, to czemu w to grasz?”. I pewnie można by rzec, że ci ludzie mają rację. W końcu ilukrotnie rozłączyło Was z serwerami EA i zaliczyło porażkę, ile razy padliście ofiarą handicapów, ile razy zdenerwowaliście się, po utracie bramki w ostatniej minucie, po jakimś głupim błędzie gry, który zawyżył o Waszej porażce? Jak często Wasi zawodnicy, nie ważne jak dobrzy, nagle, z meczu na mecz, zapominają jak prosto podać piłkę? Mniemam, że wystarczająca często, żeby można było powiedzieć, że w każdym meczu przytrafia Wam się jedno z tych zdarzeń. No i tutaj znowu powraca pytanie: „Dlaczego ja wciąż gram w tę FIFĘ?”

Wielu narzeka na FIFĘ, ale dlaczego wszyscy tak uwielbiają tę serię? Bo możesz wcielić się w rolę swoich ulubionych piłkarzy, zostać trenerem na długie lata, dobrze bawić się z kolegą, budować swoje składy, edytować taktykę, wykorzystywać ogromną bazę klubów i piłkarzy na przeróżne sposoby, grać na stadionach znanych z prawdziwego życia. No i czy jest coś piękniejszego niż strzelenie zwycięskiego gola w doliczonym czasie gry? Czy jest na świecie taka gra, która jednocześnie jest tak uwielbiana, i jednocześnie tak znienawidzona? Nie wydaje mi się. To było na tyle w tym krótkim newsie, który powstał dość spontanicznie. Miał być on temacie bardziej politycznym, ale to jest zbyt gruby temat na tę stronę. Tymczasem, peace out!


Ukryty tytan – Deus Ex

O wielu grach mówi się jako o grach przełomowych, lub a jako wielkich klasykach, które każdy szanujący się gracz, powinien co najmniej znać. Weźmy na przykład takiego Half-Life’a, Grand Theft Auto III, czy Heroes of Might and Magic III. Jednak jest jeden tytuł, który ładnych parę lat temu, zbierał najznakomitsze recenzje, a dziś mało kto o nim pamięta, bądź też słyszał. Mowa o Deus Ex, studia Eidos International, która jest trochę strzelanką, trochę „erpegiem”, ale jakbym miał ją wpisać w jeden gatunek, to byłby po prostu cyberpunk.

O co chodzi w Deus Exie? Jest rok 2052 i wcielamy się w rolę 23-letniego, już byłego policjanta, JC’ego Dentona. Denton, tak jak jego brat Paul, zgodził się na zainstalowanie w swoim ciele nanowszczepów poprawiających jego umiejętności rozprawiania się z danymi problemami. Jest on członkiem fikcyjnej gałęzi ONZ-u – UNATCO, wykonując różne zadania z polecenia swojego szefa. Świat znajduje się w trakcie epidemii wirusa Gray Death, a same UNATCO ma za zadanie walczyć z organizacją terrorystyczną NSF, podejrzewaną o wysadzenie głowy Statule Wolności. Fabuła przypadnie do gustu miłośnikom rządowych teorii spiskowych, bo opowiada ona między innymi, o tym jak naprawdę (oczywiście to tylko domysł) działają rząd. Można powiedzieć, że niektóre fakty, są zgodne z rzeczywistością, a niektóre – mocno naciągane.

A teraz o najważniejszym, czyli rozgrywce. Jest to chyba najmocniejszy aspekt tytułu, choć odrobinę wadliwy. Nasz bohater posiada inwentarz, w którym może pomieścić skończoną liczbę przedmiotów, a oczywiście niektóre zajmują więcej niż jedno miejsce, a żeby się zmieściły, czasem trzeba dla nich zrobić miejsce odpowiednio je układając. Zadania, gracz może wykonywać jak mu się podoba – może zniszczyć wszystko na swojej drodze, może też wkraść się do celu, paru osobom odpierając jedynie przytomność. Niemal każde zadanie, można wykonać na więcej niż jeden sposób, a w wiele lokalizacji można się dostać, różnymi ścieżkami. Gracz dostaje też zadania poboczne, które może pominąć, a wykonanie ich, może przynieść nam dodatkowe informacje, ułatwienie zadania głównego, pieniądze, obniżenie cen u jakiegoś handlarza, lub jakąś skromną nagrodę. Wspomniani sprzedawcy, to różne osoby, spotykane w świecie gry, które mogą nam zaoferować skończoną ilość jakichś przedmiotów, ulepszeń, broń, apteczki, amunicję, lub różne akcesoria. Trzeba też nadmienić, że nawet na łatwym poziomie trudności, trzeba czasami nieźle ruszyć głową. Strzelanie i skradanie łatwe nie jest, mimo czasami wręcz komicznej inteligencji przeciwników.

Dlaczego produkt ION Storm jest tak satysfakcjonujący pod kątem fabuły? Gdyż zmienia się ona w zależności od tego co poczynimy, z kim porozmawiamy, czy wykonamy jakieś zadanie, czy też w jaki sposób je wykonamy. Dla przykładu, za graczem do końca gry ciążą konsekwencje wejścia do damskiej toalety w siedzibie UNATCO (serio). Na początku też mamy za zadanie, na tej samej mapie: odnaleźć beczkę pewnej substancji w kryjówce NSF i uwolnić zakładników ze stacji metra. Ale kto powiedział, że musimy koniecznie to robić, możemy totalnie to zignorować, wsiąść w pociąg i uciec od tego wszystkiego, tylko musimy się liczyć, że nie dostaniemy wypłaty. Nie ma w świecie gry czegoś takiego, że o wszystkim dowiemy się jak będzie czas, w odpowiednim momencie, bo jeżeli gracz dobrze poszpera to dojdzie do sedna wszystkie sam, na przykład dla kogo pracuje dana osoba, lub co zrobiła, włamując się do sekretnych pomieszczeń, czytając czyjeś e-maile, po prostu może wymagać to więcej wysiłku. Widać po prostu, że ten świat żyje, jak się zmienia, odnosi się wrażenie, że za wszystkim stoi siła, z którą nie można wygrać.

Komu poleciłbym tę produkcję? Każdemu kto o niej słyszał, szuka gry, z którą mógłby spędzić dziesiątki godzin, jakiegoś tytułu na słabego peceta, gry ze światem głębokim, zmieniającym się w zależności od tego, co zrobi gracz, no i też fanom teorii spiskowych. Ja później dorzucę Wam jeszcze kilka screenów z gry i kończę tego newsa, z nadzieją, że zachęci kogoś do sięgnięcia po „Deusa”.

Ciao!


Srebrna Dominacja – Podsumowanie Grand Prix Chin

„Monotematyczny ten Vandi, tylko o tej Formule pisze”

Na dniach postaram się napisać inną notkę, żeby nie było że tylko o jednym. Ale do rzeczy bo jest o czym mówić:

Po krótce o kwalifikacjach

Swoje szóste Pole Position z rzędu zdobył Lewis Hamilton, a obok niego, miejsce w pierwszym rzędzie wywalczył sobie Sebastian Vettel. A za nimi kolejno Bottas, Raikkonen, Ricciardo jak i Massa. Zaskoczenia? Max Verstappen i Romain Grosjean nie przeszli nawet do drugiego etapu, lecz to przez wypadek Antonio Giovinazziego na prostej startowej, nie mogli oni po wcześniejszych problemach z bolidami wykręcić wystarczającego czasu, tak jak i Jolyon Palmer. Los chciał, że sam Włoch znalazł się w Q2, lecz rzecz jasna – nie wystartował w niej.

A co z wyścigiem?

Były obawy, że w niedzielę nad torem w Szanghaju przejdą opady deszczu, lecz nic takiego się nie stało, choć mimo to trasa wciąż była wilgotna po piątkowej ulewie, która uniemożliwiła odbycie się treningów. Można by też pomyśleć, że większość wyprzedzeń miałaby miejsce z użyciem DRS na prostej startowej, lub na południowej (długiej na 1,2 km – najdłuższej na obecnych torach F1), jednak najwięcej działo się na krętym sektorze pierwszym. Nie było wody stojącej, lecz cała stawka zdecydowała wystartować na przejściowych oponach. Poza jedynym wyjątkiem – Carlosem Sainzem.

Światła gasną, ruszamy. Z przodu dzieje się niewiele, tylko Ricciardo przesunął się przed Kimiego Raikkonena, do czołówki wkradło się Renault Nico Hulkenberga. Sainz słono zapłacił za założenie opon super miękkich, gdyż kompletnie nierozgrzane sprawiły, że jego Toro Rosso cofnęło się na tył stawki. Już na pierwszym okrążeniu z trasy wypadł (cóż za niespodzianka) Lance Stroll, który zajechał drogę Sergio Perezowi i kolizja sprawiła, że młody Kanadyjczyk zakończył wyścig. No i mieliśmy żółtą flagę na całym torze, czyli neutralizację, zwaną dziś wirtualnym samochodem bezpieczeństwa. Większość stawki, w tym Vettel jako jedyny z czołowki, ruszyła do pit stopu, aby wrócić na suche opony, przez co Sainz wrócił do pierwszej dziesiątki, gdzie nie było śladu po Hulkenbergu. Wspominałem coś o tym, że Verstappen startował z tylnych linii? Dzięki swojemu talentowi po pierwszym okrążeniu był już siódmy, dodatkowo pomóga mu neutralizacja. A wspominałem coś o żółtej fladze? A coś o kraksie Giovinazziego na prostej startowej? Krótko po restarcie wyścigu (Verstappen zdążył wspiąć się na miejsce piąte) Wspomniany Włoch znów rozbił się na prostej startowej i po tym jak wirtualny samochód bezpieczeństwa „zjechał” do boksu. Na trasę wyruszył ten prawdziwy, a wszyscy kierowcy musieli przejechać przez pit lane, co było perfekcyjnym momentem na wymianę opon przez czołówkę. Tak więc Hamilton, Bottas, Ricciardo, Raikkonen i Verstappen skorzystali z okazji i pzoostali przed szóstym Vettelem. Samochód bezpieczeństwa nie pomógł wiceliderującemu Bottasowi, który stracił kontrolę nad swoim Mercedesem i spadł na miejsce dwunaste. Z dwóch żółtych flag nic nie robił sobie Nico Hulkenberg, który został ukarany dodatkowymi piętnastoma sekundami, więc jego wyprzedzanie na nic się zdało. Resztki Saubera #39 uprzątnięte z trasy, samochód bezpieczeństwa zjeżdża do boksu i zaczynamy prawdziwe ściganie! Dla przypomnienia, po siedmiu kółkach: 1. Hamilton 2. Ricciardo 3. Raikkonen 4. Verstappen 5. Vettel 6. Alosno 7. Sainz 8. Kwiat 9. Massa 10. Perez.

Walka dwóch Red Bulli.

Od razu po rozpoczęciu Sergio Perez pokazał niesamowity kunszt wyprzedzając dobrze broniącego się Felipe Massę i z łatwością omijając Daniego Kwiata. Mniej więcej w tym samym czasie Max Verstappen po zewnętrznej wyprzedza Kimiego Raikkonena i wskakuje na podium, startując z miejsca szesnastego. Trzy okrążenia później był już drugi, przed kolegą z ekipy Red Bulla – Danielem Ricciardo. Po JEDENASTU okrążeniach. W wieku DZIEWIĘTNASTU lat. Potwór. Powoli w hierarchii piął się Valtteri Bottas, dość szybko wskakując na miejsce ósme, ale też Kevin Magnussen, który skorzystał ze słabej strategii ekipy Williamsa, oraz z tego, że z wyścigu wypadł Dani Kwiat. Carlos Sainz wyprzedził swojego idola i rodaka Fernando Alonso, którego kolega z McLarena Stoffel Vandoorne zjechał do garażu z powodu problemów z układem paliwowym. Do gry wrócił Seb Vettel, wyprzedzając kolegę z zespołu Kimiego Raikkonena i po kilku minutach – Ricciardo. Niedługo po tym zgasł McLaren (nic nowego) Fernando Alonso i do pierwszej dziesiątki wskoczył Esteban Ocon. Okrążenia 26-36 to czas, w którym wszyscy zjechali do boksów, lecz nie zmieniło to zbytnio układu czołówki. Bardziej zmienił go błąd techniczny Verstappena, który kosztował Holendra drugą lokatę na koszt Vettela. Dość blisko czołówki, niespodziewanie trzymało się Toro Rosso Carlosa Sainza. Lewis Hamilton nie oddał prowadzenia w wyścigu nawet na chwilę.

Tak. McLareny są teraz pomarańczowe.

Hamilton dalej prowadził, daleko przed Vettelem, który był daleko przed dwoma Red Bullami Verstappena i Ricciardo. Dalej nie działo się zbyt wiele, Bottas dogonił i wyprzedził w końcu Sainza, a Kevin Magnussen zostawił w tyle obie Force Indie, najpierw Estebana Ocona, a potem Sergio Pereza, awansując na ósmą pozycję. Ostatnie pięć okrążeń? Emocjonujący pojedynek między Verstappenem a Ricciardo o trzecie miejsce i musieliśmy słuchać jak młody chłopak wulgarnie instruuje ekipę z Red Bulla, aby wydać polecenie pokazania niebieskiej flagi Romainowi Grosjeanowi, co się oczywiście nie stało. Wyścig wygrał Lewis Hamilton, a drugi był Sebastian Vettel – oj, ciekawa nam się zapowiada walka o tytuł Mistrza Świata między tymi dwoma. Verstappen utrzymał miejsce na podium, za nim Ricciardo i Raikkonen, który nasuwa mi pytanie, czy nie jest on już za stary, aby reprezentować taki team jak Ferrari? Pozostały układ Top 10: 6. Bottas 7. Sainz 8. Magnussen 9. Perez 10. Ocon. W „generalce” za Hamiltonem i Vettel, trzeci jest Max Verstappen, a za nim Bottas i Raikkonen. W klasyfikacji konstruktorów, prowadzi Mercedes, o punkt przed Ferrari, podium zamyka Red Bull, za nimi Toro Rosso i Force India.

Rywale w walce o MŚ

To by było na tyle – widzimy się za tydzień w podsumowaniu wyścigu numer 3 – czyli Grand Prix Bahrajnu na torze Sakhir, w wielkanocnej atmosferze. Zostawiam Was ze skrótem wyścigu, a w gratisie dorzucam ten z Grand Prix Australii, bo go najzwyczajniej w świecie – zapomniałem. Peace out!

GP Chin 2017

GP Australii 2017


Formuła 1 wraca w wielkim stylu – podsumowanie GP Australii.

Tradycją już jest, że gdzieś pod koniec marca na Antypodach, w Melbourne zaczyna się nowy sezon Formuły 1. I jeśli mają to być takie wyścigi jak ten – niech ta tradycja trwa w najlepsze. Jak co sezon, na starcie widzimy kilka nowych twarzy jak młody mistrz świata GP3 Lance Stroll, który zastępuje w Williamsie Valtteriego Bottasa. Bottasa, w którym Mercedes znalazł godnego następcę Nico Rosberga. Z F1 skończył także po 17-tu sezonach Jenson Button, którego miejsce w stajni McLarena zajął kierowca rezerwowy z poprzedniego sezonu – Stoffel Vandoorne z Belgii. Na starcie w Sauberze zobaczyliśmy też Włocha Antonio Giovinazziego. On zaś zastępuje tylko na ten wyścig kontuzjowanego Wehrleina, który do szwajcarskiej ekipy trafił z rozwiązanego Manor. Skoro o transferach mowa, to po krótce: wspomniany Wehrlein zastąpił Felipe Nasra, który pożegnał się z F1. Inny były kierowca wymienionej wcześniej Manora – Francuz Esteban Ocon trafił do Force India zastępują Nico Hulkenberga, który w Renault zastąpił Kevina Magnussena, który w Haasie zastąpił Estebana Gutierreza, który zmienia dyscyplinę na Formułę E.

Ale dosyć już transferów, czas na sam wyścig. Pogoda dopisywała, na niebie nie było żadnej chmurki. no i kibice mogą zobaczyć w akcji swojego rodaka. No nie do końca, gdyż Red Bull Daniela Ricciardo doznał awarii silnika, przez co nie widzieliśmy go wyścigu. Po tym jak w trzeciej serii kwalifikacji wypadł z trasy zanim wykręcił jakikolwiek czas. Pole Position przypadło Lewisowi Hamiltonowi w Mercedesie, a w pierwszej linii dołączyło do niego Ferrari Sebastian Vettela. Za nimi dwóch Finów – Valtteri Bottas w Mercedesie i Kimi Raikkonen w Ferrari.

No i światła gasną i zaczynamy pierwsze z dwudziestu Grand Prix tego sezonu! Na starcie dość spokojnie, kolejność z czołu stawki taka sama jak w kwalifikacjach, pierwszą piątkę zamykał Red Bull Verstappena. Praktycznie nie mieliśmy kontaktów, poza jednym na zakręcie trzecim, gdzie Kevin Magnussen stracił kontrolę nad swoim Haasem i uderzył w Saubera Marcusa Ericssona. Duńczyk i Szwed nie kontynuowali wyścigu. Pierwsza kolizja sezonu, pierwsza żółta flaga sezonu. Gdy liderujący Hamilton był już na trzecim kółku z garażu Red Bulla wyjechał Daniel Ricciardo z poleceniem: „Pobaw się trochę” od Christiana Hornera. Ton wyścigowi nadawali Hamilton i Vettel, Bottas trzymał się blisko pierwszej dwójki, Raikkonen trochę oddalił się od miejsc premiowanych podium, ale był bezpiecznie daleko od Maxa Verstappena. Po jakichś sześciu, siedmiu okrążeniach Hamilton odjechał na tyle, że Vettel nie był już w jego strefie DRS i Hamilton sukcesywnie powiększał swoją przewagę nad Niemcem. W tym samym czasie, z wyścigu wypadł drugi bolid Haasa. Jadący na siódmym miejscu Romain Grosjean musiał zjechać do garażu, gdyż z jego silnika zaczął unosić się dym. Okrążenie później kolejny raz, Renault Jolyona Palmera doznało awarii układu hamulcowego. Na okrążeniu osiemnastym Lewis Hamilton jako pierwszy z czołówki, po sygnalizowaniu problemów z przyczepnością. Nie był to jednak najlepszy moment, gdyż bolid z numerem 44 wyjechał tuż za plecami Maxa Verstapppena, którego czasy okrążeń były w przybliżeniu o sekundę gorsze od tych wykręcanych przez Vettela. Lepszym podejściem taktycznym niż Mercedes wykazał się Maurizio Arrivabene z Ferrari. Vettel zjechał na wymianę opon po kilku okrążeniach, na których to poprawił najlepsze okrążenie Lewisa Hamiltona. Podczas gdy Hamilton narzekał w radiu, że nie da rady ominąć Verstappena, Vettel coraz bardziej uciekał reszcie stawki. W końcu gdy znalazł się na plecach dublowanego Lance’a Strolla zdecydował się zjechał na pit stop, wyjeżdżając przed Verstappenem i Hamiltonem, a przed nimi byli tylko Finowie (Bottas i Raikkonen), którzy jeszcze nie zjechali do pit stopu, podobnie jak Verstappen.

Toto Wolff z Mercedesa dość szybko kazał zjechać Bottasowi do pit stopu, tak jakby chciał, żeby Hamilton był przed nim, nie dając Finowi szansy na wykazanie się w debiucie w Mercedesie. Po chwili zjechał prowadzący Raikkonen, dosłownie w momencie, w którym Vettel się do niego zbliżył i wkrótce także Max Verstappen. Przewaga Niemca nad Hamiltonem wynosiła już około trzech sekund, lecz w tym momencie wyścig się skończył. Odnieść można było wrażenie, że Hamilton się poddał, jechał znacznie wolniej niż na początku, gdzie przecież też miał przed sobą dużo miejsca, a Vettel odjeżdżał mu coraz bardziej. Bottas nie kwapił się zbliżyć do kolegi z zespołu, prawdopodobnie myśląc, że Lewis jeszcze walczy z Vettel. Czy Toto Wolff naprawdę nie zauważył, że Hamilton odpuścił sobie i nie dał szansy Bottasowi? Nie chce mi się w to wierzyć, gdyż ostatnio to Ferrari było znane ze słabych decyzji taktycznych. Z tyłu stawki zgasł samochód „gospodarza” Daniela Ricciardo, a z trasy wypadł ewidentnie zjedzony przez presję Lance Stroll. Z przodu utrzymała się kolejność: 1. Vettel 2. Hamilton 3. Bottas 4. Raikkonen 5. Verstappen 6. Massa. Siódmy Danił Kwiat zmuszony był zjechać na drugi pit stop na okrążeniu 49. przez co znalazł się za Sergio Perezem i za swoim kolegą z Toro Rosso, Carlosem Sainzem. Na okrążeniu 54 obejrzeliśmy ciekawą walkę o ostatnie punktowane miejsce 10-te między trzema różnym silnikami. Dziesiąte miejsce zajmował McLaren z fatalnym silnikiem Hondy z Fernando Alonso w kokpicie, za nimi Esteban Ocon w Force Indii z silnikiem Ferrari i Nico Hulkenberg w Renault. W końcu na prostej startowej Ocon wyszedł przed Alonso, tak samo jak Hulkenberga, który za jednym razem próbował wyprzedzić również Francuza. Alonso powalczył przez chwilę z Hulkenbergiem, lecz zjechał do garażu przez problemy z zawieszeniem. Wyścig wygrało Ferrari Sebastiana Vettela – ta sama ekipa, któa nie wygrała wyścigu w 2016. Podium uzupełniły Mercedesy Lewisa Hamiltona i Valtteriego Bottasa. Czwarte miejsce zajął Raikkonen, który nie miał najlepszego wyścigu. Na pozostałych miejscach punktowanych odpowiednio: Verstappen, Massa, Perez, Sainz, Kwiat, Ocon. Nieprawdopodbne okazało się to, że oba McLareny niemal ukończył wyścig (Vandoorne dojechał ostatni), a Alonso skończył wyścig cztery kółka przed metą. Następny wyścig na torze w Szanghaju w Chinach odbędzie się 9 kwietnia.

Kończąc ten pierwszy news na stronie nienapisany przez Piterusa, peace out!

Vandi