Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Valiant Hearts: The Great War – recenzja

Mam wrażenie, że współczesne strzelanki (głównie pierwszoosobowe) sprzedają bardzo mylny obraz wojny. Oczywiście powoli się to zmienia (chociażby najnowszy Battlefield 1), ale spora część z nich dalej pokazuje walkę jako zabawę dla dużych chłopców, gdzie jeździ się wielkimi czołgami i strzela co moment headshoty. Tymczasem tak nie jest. Wojna to przede wszystkim piekło zgotowane przez ludzi innym ludziom na ziemi. Taką właśnie wojnę pokazuje Valiant Hearts: The Great War.

Wydawać by się mogło, że zwykła przygotówka nie może nieść za sobą zbyt wielkiej dawki emocjonalnej, niezwykle potrzebnej by w miarę dosadnie i w odpowiedni sposób dotknąć tematyki wojny – w tym przypadku I Wojny Światowej. Konfliktu, który miał być wojną ostateczną, wojną, która zakończy wszystkie wojny. Nic bardziej mylnego. Ubisoft Montpellier pokazało, że siła tkwi w prostocie, zarówno pod względem stylistyki jak i samego przekazu.

Valiant Hearts to prosta gra, w moim przypadku na dwa dobre dni grania, składająca się z prostych zagadek logicznych i typowych zabiegów zręcznościowych. Stosunkowo sporo tu tzw. Quick Time Eventów, elementów w stylu „zdobądź element A, żeby uzyskać B, a dam ci C” ale mi osobiście to tak nie przeszkadzało. Z resztą, największy nacisk poszedł tu na warstwę poznania realiów historycznych jak i samej historii bohaterów. Pokrótce, gra opowiada historie kilku postaci, które dzieją się równolegle względem siebie, a nawet przeplatają. Mamy tu pewną rodzinę we Francji, gdzie to młody Niemiec ożenił się z Francuską, mają syna, mieszkają z teściem, no i co – wybucha wojna. Chłopak trafia do armii niemieckiej, podstarzały teść do francuskiej, tym samym stają po dwóch przeciwnych stronach konfliktu. Mamy też Amerykanina, który ze swoich osobistych powodów także postanowił wziąć udział w konflikcie oraz młodą sanitariuszkę, która będzie miała naprawdę sporo do roboty. No i pies. Sporo rzeczy będziemy robić z jego pomocą. Wszystko to odnajdujemy w stylistyce ciężkiego konfliktu, często nie tego z głównego frontu zdarzeń, a z obozu jenieckiego, okopów czy podziemi. Narracja cały czas wyjaśnia nam poszczególne zdarzenia, przypisuje je kontekstowi historycznemu, ale jest to na tyle nienachalne, że fajnie się to czyta. Są również rzeczy do znalezienia, które dodatkowo niosą za sobą pewną wiedzę historyczną. Całość przedstawiona jest w rysunkowej grafice, która swoją surowością jedynie podkreśla tragizm sytuacji. Wyobraźcie sobie ogrom ofiar rozrysowanych w ten sposób. No i muzyka. W większości są to utwory zagrane na pianinie, ogólnie wszystko z ramienia muzyki klasycznej. Pogoń w rytm tego utworu i zsynchronizowane z tym bombardowanie drogi to jedna z lepszych scen w grze. Oprócz oczywiście tych bardzo emocjonalnych, bo takich jest tu co niemiara, a sam koniec może wycisnąć niejedną łzę nawet z najbardziej zatwardziałego gracza, przy czym niesie też za sobą bardzo ważny morał. Gra dobitnie pokazuje, że na wojnie granica między tymi dobrymi, a tymi złymi bardzo się zaciera. Tym bardziej uwydatniona jest przez to bezsensowność konfliktu. Pokazuje, że wojna, to coś, czego nikt nigdy nie chciałby przeżyć.
Polecam zagrać każdemu, a jeśli nie zagrać to obejrzeć chociaż jakiś let’s play Roja np. (pod względem emocjonalnym dobrze się u niego to ogląda), bo to gra, która przynajmniej w moim mniemaniu, jest jedną z tych gier, które przynajmniej raz w życiu powinno się w taki czy inny sposób poznać. Warto.


Muzyka 8bit jest git.

Nie lubię pytania „jakiej muzyki słuchasz?”. Nie wiem, może to źle zabrzmi, ale myślę, że mam na tyle uniwersalne zainteresowania w tym temacie, że nie ograniczam się raczej do jednego gatunku – mam jakieś tam swoje listy „top” i pewnie jakiś nurt w nich dominuje, ale nie zagłębiam się nad tym raczej, a jeśli już postaram się odpowiedzieć, to mam wrażenie, że zadający mi to pytanie nawet nie zrozumie o co mi do końca chodzi. Ogólnie podobna sprawa ma się z grami, książami czy filmami. Nie słucha/gra/czyta się przecież gatunków, a konkretne dzieła i różne świetne rzeczy można odnaleźć w różnych odłamach danego tworu. Z resztą chyba nie ma takiej osoby, która aż tak by zawęziła swój odbiór, że powiedzmy ogląda tylko horrory i nic więcej – no prawie niemożliwe. Wracając, tak w baaardzo dużym uproszczeniu, głównie gustuję w szeroko rozumianej muzyce lat ’80-’90 oraz w tzw. chip music (w sumie to też muzyka z tego okresu) i to na ten temat chciałbym napisać kilka słów.

Chiptune, bo w sumie z takim określeniem spotkać można się nawet częściej, to gatunek muzyki elektronicznej bazujący na dźwiękach z chipów komputerowych. Głównie kojarzony jest ze ścieżkami dźwiękowymi starych gier i konsol, czyli powiedzmy z muzyką z naszego rodzimego Pegasusa. Może zauważyliście lub nie, ale zwracam bardzo dużą uwagę na muzykę w grach, a tamte konsole w połączeniu z wiadomą nostalgią potrafiły robić prawdziwe cuda w tym klimacie.

Jeśli szczególnie miałbym polecić jakiś projekt to zdecydowanie jest to Milos and Chip Jockey działający od 2009 roku, zajmujący się właśnie takimi brzmieniami. Moim zdaniem jest jedna z najlepszych grup tego typu, przy okazji są to nasi rodacy! Chłopaki zrobili niedawno m.in. świetny motyw przewodni dla Dark Archona i serwisu gramburger.pl, czy też współpracowali wcześniej z contrabanda.eu w kwestii muzyki, więc nie byle kto i co. Fajna muzyka, fajne serwisy – Polecam!


O języku naszym. Tak trochę.

Jakiś czas temu robiłem porządek z moimi rozprawkami ze szkoły i m.in. trafiłem na temat o języku. Pomyślałem, że to całkiem dobry pretekst by napisać coś na stronę na ten temat. Było to już w sumie kilka miesięcy temu i szkic, zarys tematu jak zalegał tak zalega.. i pewnie byłoby tak nadal gdyby nie pewien filmik, który idealnie trafił w moje zdanie. Ale od początku.

Wszyscy wiemy, że język angielski zadomowił się na dobre w naszych wypowiedziach, a zwroty pokroju „Ok, no problem” czy „sorry” w większości już zbytnio ludzi nie dziwią, nie rażą. Stał się na tyle powszechny. że niektórzy stawiają go na równi z ojczystym, a momentami nawet i wyżej. W kręgach ludzi ubiegających się o pracę panuje ogólnie taka anegdota pół żartem, pół serio: pracodawca na rozmowie kwalifikacyjnej pyta interesanta jakie zna języki obce. Kiedy otrzymuje odpowiedź, że angielski odpowiada: „ale ja pytałem o obce.”

Albo inna kwestia. Ktoś gdzieś, w kręgu for fanów kina czy nie wiem, gier, wśród swoich wypowiedzi rzuci obcobrzmiące dla niektórych słowo „trailer”, no i co, i już zaraz na bank znajdzie się przynajmniej jeden poruszony, ktoś zaraz powie: No ale ja przepraszam bardzo, dlaczego na siłę używamy angielskich słów, skoro w naszym pięknym, polskim języku mamy taki piękny, POLSKI wyraz „zwiastun”? Przecież to jest istna obraza!

..Serio?

Pierwsze primo – jeśli ktoś użyje w swoim sforsowaniu „obcego słowa”, w tym przypadku niech jest ten „trailer”, to zwykle nie jest to spowodowane chęcią jakiegoś zabłyśnięcia czy nie wiem, jakimś szpanem, wielką komercjalizacją, spaczeniem umysłu blabla czy czymkolwiek. Ktoś tak napisał/powiedział… bo po prostu tak, bez większej ideologii. Takie słowo komuś akurat przyszło na myśl i pasowało mu do kontekstu wypowiedzi. Strasznie słabe jest takie przyczepianie się do kogoś o użycie danego słowa. Coraz częściej skupiamy się na formie, gdzie traci na tym treść, ale to już na marginesie i nie, nie namawiam tu do niechlujstwa językowego, bo nie. Najzwyczajniej nie bądźmy tak ortodoksyjni w niektórych kwestiach. Język jest czymś żywym i nieustannie się zmienia. Jeszcze niespełna 100 lat temu mówiono zupełnie inaczej, ba, nasi rodzicie mówili inaczej niż my i może kogoś zadziwię, ale JEST TO NORMALNE.

na świecie istnieje wiele języków i mimo różnych ewolucji zachowały one swoją „charakterystyczność” i nikt nie mówi o ich wyginięciu, mimo, że też uległy niesamowitej zmianie, tylko po prostu nas to tak nie boli.

Nasza naczelna internetowa encyklopedia mówi nam o wielu zapożyczeniach w naszym języku, które na pierwszy rzut oka wydawałyby się typowo polskimi słowami:

atłas (tur.), atrament (łac.), biennale (wł.), baca (węg.), bestseller (ang.), bryndza (rum.), brydż (ang), butik (fr.), czerep (białor.), czyhać (czes.), dumping (ang.), embargo (hiszp.), hultaj (ukr.), juhas (węg.), kalafior (wł.), kołchoz (ros.), kolumna (łac.), kombi (niem.), komputer (ang.), loggia (wł.), serial (ang.), torba (tur.), watra (rum.), wagon (ang.), werbunek (niem.), wiedźma (ukr.), zsyłka (ros.), żakard (fr.), żulik (ros.) itd.

Wgl uwaga, w niektórych językach istnieją także słowa pochodzenia polskiego. (klik!, klik!).

Oczywiście nie możemy przegiąć także w drugą stronę. Wiadomo złoty środek i tak dalej, nie chodźmy na running, a na spacer czy zamiast breakfastu zjedzmy, normalne, nasze śniadanie. Najzwyczajniej starajmy się nie popadać ze skrajności w skrajność, bo (w sumie jest to trochę myśl przewodnia) każda skrajność jest zła, obojętnie czego by nie dotyczyła, a o nasz język ojczysty nie macie co się aż tak bać. Nikt mu zginąć nie da, bo i jest to najzwyczajniej niemożliwe.

Aaaa i ten filmik obejrzyjcie koniecznie. Polecam.


Wizualizacja mocno

Krótkie przemyślenie raczej.

Jakiś czas temu w internecie głośnym tematem była tzw. wizualizacja marzeń. Trochę a propos, a trochę tak o, przypomniała mi się pewna historia, której niedawno byłem świadkiem. Autentyk, serio.

Lokalna galeria, niedziela czy inny wolniejszy dzień, siedzę sobie gdzieś czy tam miotam się miedzy kolejnymi sklepami czyhającymi na klienta, widzę taką scenkę. Dziecko znudzone zakupami siada sobie do takiego autka, co tam trzeba wrzucić dwa złote i dzieją się rożne rzeczy wtedy, gra, świeci i tak dalej. No i co, prosi mamę czy tam tatę żeby mu te 2 złote dali, bo bez tego to nie działa. Na to rodzic odpowiada: to wyobraź sobie, że działa.

:|


Festiwal dawnych komputerów i gier

Parę dni temu, dość niedaleko mnie, miało miejsce całkiem ciekawe wydarzenie. Odbywał się tzw. Festiwal dawnych komputerów i gier organizowany przez lokalne muzeum, na którym szcześliwym trafem dane było mi być.

Udając się na te przedsięwzięcie, nie miałem wysokich oczewiań. Myślałem, że wbije na chwilę i zaraz wyjdę – tymczasem spędziłem tam myślę dobre ponad godzinę. Myślałem też, że wystawa będzie praktycznie pusta, lecz trafiłem akurat, że jakaś szkoła też tam sobie zwiedzała, więc było mi stosunkowo łatwo w jakimś stopniu wtopić się w tłum.

Wchodzę, mijam recepcję czy coś w tym stylu, dzień dobry, dzień dobry i udaję się od razu na miejsce. Tam wita mnie około 20 stanowisk, każde z inną konsolą i załączonym tytułem gotowym do zagrania. Runda wokół całości, żeby przyjrzeć się mniej więcej z czym mam doczynienia, no i co, może warto gdzieś przysiąść co nie? Pierwsze kroki były oczwyste – gdzie jest NES?

Przy stanowisku siedzieli już jacyś chłopcy, nie mam wyczucia ile lat, w każdym razie sporo młodsi. Stoję, przyglądam się jak im idzie. Na ekranie kultowe Super Mario Bros. Jakoś tam grają, przy wpadce przy końcówce drugiego poziomu odpuścili, odeszli to mówię przysiądę, pokażę co umiem, a warto wspomnieć, że Mario trochę liznąłem. Tu niby nie wypada się tak znów chwalić, ale w każdym razie zrobiłem chyba jakieś wrażenie, bo zaraz podbił kręcący się wokół typ od mediów i zaczął nagrywać obraz ekranu co robię, o twarzach wcześniejszych, młodszych użytkowników jak wyglądały nie wspomnę Z jakimś typem z radia gadałem nawet sobie. W ogóle gość, ten co to wszystko organizował, miał i inne oryginalne kartdridże do NESA, ale nie byly odpalane. Pytałem o Contrę, ale nie miał. Trudno, szkoda.

Następny na tablicę poszedł Prince of persia wyglądający jak to, cieżko stwierdzić na czym, coś jak stary Mac. Wersja z wyglądu niby jak ta Pegasusowa to mówię będzie bez problemu. Aha, jasne. Ok, poszło. Gra jak gra, chociaż sama przyjemność już nieco toporna. Strasznie wolno to wszystko chodziło, ale w sumie nie o to tu chodziło, a o obcowanie z samym sprzętem, poznanie jak to działa.

Chwila przerwy. Zerkam w prawo, jakiś stary PC, na oko przełom wieku, gość gra w pierwsze GTA, jeszcze dalej jakieś wyścigi. Ja idę dalej. Siadam do Atari 65XE.

Nie wiem nawet w co grałem jak mam być szczery. Wyglądało to jak taki tunel, w którym płyniemy(?) z niezwykle dużą prędkością i omijamy przeszkody za pomocą takiej specialnej gałki. Swoją drogą Atari 2600 też było, robiło lepsze wrażenie, ale nie zasiadałem jakoś do tego. Podobnie jak do jakiejś konsoli/kontroler dedykowanego specialnie do jakiejś konkretnej gry. Wyglądał jak kompas piracki i sama rozgrywka też tam się przy tym opierała. Nie wiem co to. Przysiadłem też trochę np. do Segi i Sonica, ale ja tam jakimś wielkim fanem niebieskiego jeża nie jestem. Była też m.in. Amiga 500, Nintendo 64 z Mario Kart, PONG, Commodore 64 czy też coś pierwowzór dzisiejszych kontrolerów wykorzystujących ruch oraz inne ciekawe, podobne sprzęty.

W sumie całe przedsięwziecie to naprawdę fajna sprawa. Dobra okazja dla przypomnienia sobie gier przez starszych jak i poznania niektórych konsol przez młodszych. To również calkiem ciekawa część historii. Osobiście polecam zarówno wszelkie takie wystawy, jak i bardziej w temacie, by mieć swoją ulubioną retrokonsolę na własność, by móc zagrać w tytuł z dzieciństwa nie tylko od „święta” podczas spotkań jak te, ale w dowolnym momencie, kiedy przyjdzie na to ochota.


Run, Mario, Run!

Ostatnimi czasy trochę wypadłem z rynku gier mobilnych. Na moim telefonie nie gości na stałe żadna produkcja i nawet nie z powodu, że odpuściłem granie tego typu, co najzwyczajniej z braku interesujących mnie tytułów. Dziś jednak, w chwili między jednym zadaniem życiowym, a drugim (hue), gdy wbiłem przy okazji aktualizacji programów na Google Playsklep przypomniał mi, że dziś swój debiut na Androida przeżywa najsłynniejszy hydraulik gier wideo. Super Mario Run, witamy na pokładzie!

Początkowo gra była zaplanowana jedynie na urządzenia z iOS, jednak z góry wiadome było, że Android jest tylko kwestią czasu. Kilka miesięcy po premierze na iPhonach, gra zawitała także na oprogramowaniu od Google. Szczerze, nie spodziewałem się tam wielkich fajerwerków, ale Mario to Mario i sprawdzić przecież trzeba.

Gra wita nas dość szybkim przejściem do rozgrywki, która jest bardzo uproszczona względem tego co znamy z innych konsol – ogranicza się jedynie do klikania w odpowiednich momentach w ekran. Zasadniczo jest to typowy runner jakich wiele na markecie od kilku lat, jednak zauważalnie lepiej zrobiony, z bardziej profesjonalną otoczką. Warstwa audiowizualna stoi na naprawdę przyzwoitym poziomie, a same poziomy są zaprojektowane w taki sposób, że widać, że ktoś musiał nad nimi nieco posiedzieć. Widać wiele nawiązań do części znanych z innych konsol co powoduje, że poszczególne elementy na ekranie mogą spowodować uśmiech na twarzy, z resztą ogólnie fabuła opiera się na tym samym co wszystkie inne części. Trochę pobawić się można, nie można tego odmówić. Trochę, dobre słowo.

Szybciej niż myślimy, zaczynają pojawiać się problemy niczym ciemna chmura rozciągająca się nad całym rynkiem współczesnych gier mobilnych. Darmowa gra to tak naprawdę.. demo pełnoprawnego tytułu, do którego dostęp kosztuje nasze portfele 45 złotych, co jest dość wygórowaną kwotą jak na grę tego typu. Do dyspozycji w darmowej części mamy jedynie pierwszy świat, co daje nam 4 poziomy, z czego aby dostać się do ostatniego musimy „wymaksować” 3 poprzednie tj. zebrać odpowiednią ilość specjalnych monet danego koloru. Oprócz głównej linii fabularnej mamy też swojego rodzaju wyzwanie, czyli przechodzenie poziomu z „duchem”, którego musimy pokonać pod względem ilości zdobytych punktów. Mamy też tryb pokroju Magic Land z Facebookagdzie to za punkty (lub pewnie $$$) budujemy swoje małe królestwo, czego, przynajmniej ja, nie szukam w grze tego typu, z resztą nad obydwoma dodatkowymi trybami przeszedłem praktycznie bez zainteresowania. Trochę nie pasuje mi też, że do poprawnego działania gry musimy mieć cały czas dostęp do internetu, bo jednak nie zawsze ten dostęp jest. Niby walka z piractwem, ale bez przesady.

Podsumowując, darmową część gry myślę że warto sobie przejść, traktując ją trochę jako ciekawostkę i jakiś tam powrót do początków serii + to, że jest dość dobrą grą pod względem rozgrywki, ale wydawać ponad 40 złotych na pełną wersję to już przedsięwzięcie nieco ryzykowne, na które nie wszyscy się zdecydują. Osobiście dla mnie Mario to i tak głównie NES – zdecydowanie to tam ta legenda gier video rozwinęła swoje skrzydła najmocniej i jakikolwiek atak na inne platformy tego już w moim mniemaniu najzwyczajniej nie przebije.


Lecimy w kosmos!

I to wcale nie będzie łatwa podróż.

2001: Odyseja kosmiczna Stanleya Kubricka, bo tym się dziś zajmiemy, jest dziełem trudnym do omówienia. Wokół tego filmu, na przełomie niespełna pół wieku, urósł już niemały kult, a sam film daje widzom wręcz nieograniczone pole manewru do interpretacji mnogością elementów. Tak, film z 1968 roku wyprzedził swoją epokę i oglądając go wcale nie mamy wrażenia oglądania czegoś co się jakoś mocno zestarzało. Od filmu wieje charakterystyczny Kubrickowski uniwersalizm, nie tyle pomysłu czy konwencji, ale samego świetnego technicznie wykonania. Niech o pewnym poziomie świadczy fakt, że istnieją miejskie legendy, że to on „stworzył” pierwsze lądowanie człowieka na Księżycu. Swoją drogą wiele za tym przemawia – lata bardzo podobne i tak dalej, ale nie będziemy przecież dokładać swojej cegiełki do i tak wielkiego kopca teorii spiskowych

W bardzo dużym uproszczeniu jest to film z gatunku science fiction, chociaż na próżno szukać w nim laserów, jakiś monstrów, super mocy czy czegokolwiek takiego. Jest to filozoficzna opowieść o powstaniu człowieka, jego ewolucji i hipotetycznych dalszych losach gatunku. Odnajdziemy tu wiele pytań, ale nie poznamy żadnej odpowiedzi, albo inaczej – odpowiedzi nie ma dać nam film, to my sami sobie mamy odpowiedzieć wedle własnej obserwacji.

Film luźno składa się z 4 części: pierwsza Świt ludzkości mówiąca nam o początkach człowieka na Ziemi, następna z wyprawy na Księżyc miliony lat później w 1999 roku, trzecia z misji na Jowisza półtora roku po tym oraz ostatnia Jowisz i poza nieskończonością. Wszystkie cztery łączy pewien znaczący element – monolit (taki blok skalny), który ewidentnie wyprzedza ówczesne sobie czasy – tu ukazany jako symbol wiedzy, większej siły, cywilizacji, mądrości, Boga – jak kto woli. Kto ma z nim styczności przeżywa swojego rodzaju przejście o poziom wyżej.

Sam film wita nas 3 minutową sekwencją ciemnego tła i niepokojącego dźwięku w tle. Wgl w filmie jest mnóstwo podobnych scen, które trwają po kilka minut pokroju leci/płynie statek czy idzie sobie jakiś typ. Jak ktoś nie ma tyle cierpliwości do takich scen to może być ciężko. Niemniej jest w tym na serio, sporo uroku i nieustającego niepokoju. Można za to łatwiej zwrócić uwagę na niektóre elementy.

Dużą rolę odgrywa tu ścieżka dźwiękowa oparta na muzyce klasycznej, nie bez powodu film ten przyrównuje się do opery. Mamy tu także sporo scen po prostu.. ciszy. Pierwsze słowa w filmie padają chyba gdzieś na oko 20-25min po starcie filmu. Chyba wszyscy kojarzą ten nieśmiertelny motyw, którym wita nas intro wyżej.

Rola aktorska to dla mnie głównie popis samego głosu podkładanego pod sztuczną inteligencję. Scena odłączenia maszyny równa chyba jedynie podobnym jak przy Zielonej Mili.

I tu chyba najcięższe, interpretacja. Dla mnie film jest symbolem jak bardzo człowiek marnuje możliwości jakie dostał, bez znaczenia od kogo/czego. Pokazuje jak bardzo „z tyłu” jest nasz gatunek niezależnie jak bardzo by się rozwinął, jakiejkolwiek technologii by nie wymyślił – zawsze będzie o krok za wspomnianym „monolitem”, bo nie to jest celem tego skoku technologicznego/intelektualnego jaki on daje. Czym różni się wspomniana, przełomowa kość od obecnej broni jądrowej? Tu nawet nie chodzi czy jesteśmy wierzący czy nie, czy wierzymy Darwinowi czy swojej religii. Tu chodzi bardziej o to, że większą część rzeczy jakie dostajemy obracamy w coś złego, o to, że rządzą nami głównie instynkty jak tymi małpkami bijącymi się o wodę czy mięso, a chyba powinniśmy być nieco wyżej pod tym względem, czyż nie? I samo to jest jedynie wierzchołkiem góry lodowej tego filmu! Filmu, dla którego kosmos i technologia nie były taką „codziennością” jak dla nas i teoretycznie powinien czuć się na tej materii znacznie mniej pewnie niż my. Sam seans staje się swoistą medytacją nad genezą i fundamentami świata, czemu sprzyjają te wspomniane wcześniej, względnie przydługawe sceny.

Film naprawdę warty zobaczenia. Bez wątpienia należy do kanonu dzieł ponadczasowych i dlatego, jeśli nie ze względów naukowych czy egzystencjalnych to po prostu dobrze obejrzeć ten film, by widzieć skąd wzięły się te wszystkie odniesienia popkulturowe, których mnóstwo w wielu lepszych czy gorszych filmach współczesnej kinematografii. Polecam.


Lektury nie są złe

Człowiek inaczej patrzy na lektury szkolne jak jest już po maturze. Wiadomo, podczas edukacji czy omawiania danego utworu trudno odnaleźć radość z czytania, jeśli głównym, odgórnym zamierzeniem jest zapamiętanie czy bohater był ubrany w długi czy krótki płaszcz. Dodatkowo dochodzi presja czasu, bo czytamy głównie na ostatnią chwilę i zostajemy ze szczątkowym streszczeniem, bo coś jednak wiedzieć wypada. Tymczasem kilka kanonowych pozycji to naprawdę udane utwory, po które chętnie sięgnąłbym bez żadnego odgórnego nacisku. Przykładowo, jaa miałem to szczęście, że np. takiego Hobbita nie omawiałem, a sięgnąłem po niego z własnej woli co zaowocowało fascynacją pięknym światem Tolkiena do dziś – czy byłoby tak gdybym ją omawiał w szkole? Tej pewności nie mam. Dziś chciałbym się skupić głównie na jednej – książce, która w jakiś tam sposób prawie idealnie trafiła idealnie w moje gustum. Dżuma Alberta Camus.

Na podstawowym poziomie, Dżuma to historia ogarniętego epidemią tytułowej dżumy miasta Oran w Algerii oraz perypetii jego mieszkańców w tym okresie. I zasadniczo na tylko tym poziomie książka się broni. Zwroty akcji, budowanie emocji, swoisty niepokój cały czas towarzyszący czytelnikowi – jest naprawdę dobrze. Ale główną zaletą tego dzieła nie jest tylko dobrze napisana historia. To jedna z najbardziej uniwersalnych książek jakie w życiu czytałem! Z resztą, sama określa się jako książka-parabola.

Jest rzeczą równie rozsądną ukazać jakiś rodzaj uwięzienia przez inny, jak ukazać coś, co istnieje rzeczywiście, przez coś innego, co nie istnieje.

Daniel Defoe

Pod pojęciem dżumy można podpisać tak naprawdę wiele innych rzeczy. To już nie tylko sama choroba, to nie tylko od razu przychodząca nam na myśl II Wojna Światowa (kominy w tle, otoczka jak z Getta podczas powstania). To wszelkie zniewolenie, wszelkie zło jakie możemy sobie wyobrazić i walka z nim z poziomu postaci postawionej często na z góry straconej pozycji, bo ten pierwiastek jest w każdym z nas, nikt nie jest, metaforycznie, tylko biały czy tylko czarny ani nikt często nie ma monopolu na prawdę. Ale w tej pozycji tak naprawdę nie ma nic pesymistycznego. Trochę banał, ale liczy się ciągłe dążenie do perfekcji, której nigdy się nie osiągnie i no cóż, tak ma być!

Z poglądów autora bije przeświadczenie, że jedynym wyznacznikiem moralności jest zwykła uczciwość. Ona to każe przede wszystkim bronić człowieka, a co za tym idzie – nie zgadzać się na zło (cytat z wiki) pod czym w pełni się podpisuję. Tak naprawdę tu nie chodzi by dzielić ludzi (jak w książce na chorych i zdrowych) ze względu na ich religię czy nację, a na to, czy są najzwyczajniej dobrymi czy złymi ludźmi. Swoją drogą jak mało w dzisiejszym świecie jest właśnie takiego podziału. Cały czas tworzymy sobie sztuczne my i wy na każdej płaszczyźnie od ulubionego koloru po fundamenty światopoglądowe. Ba, chorych nazywamy zdrowymi, a zdrowych chorymi. Wymyślamy sobie wyimaginowanych wrogów, bo tak naprawdę nie dajemy rady samym sobie. Czyż nie jest tak? Bardziej chcemy przekonać samych siebie, że mamy rację, niż że ktoś się myli. Usprawiedliwiamy się, bo po prostu tak i już. Łatwiej. Tymczasem linia podziału przebiega zupełnie w innym miejscu niż sądzimy. Pomyślmy czasem po której stronie jesteśmy – walczymy z chorobą? A może już dawno daliśmy się zarazić? Diagnozę poznamy dopiero po fakcie.


Czym kierować się przy wyborze zegarka?

Powiedzmy, że coś tam wiem o zegarkach Interesuję się tym już kilka lat i doszedłem do punktu, gdzie bardzo często poznając jakąś osobę czy ot tak widząc kogoś zwracam dużą uwagę właśnie na jego sikor na nadgarstku. Chciałbym napisać tu kilka rad czym kierować się wybierając zegarek dla siebie czy kogokolwiek innego.

Cena

Nie ma co się oszukiwać, właśnie od ustalenia budżetu rozpoczynamy nasze poszukiwania. Każdy wiadomo ustali sobie inny, ale i też chyba nikt nie chce przepłacać i na pewno ucieszy się z wydania raczej mniejszej niż większej kwoty. Tu warto wspomnieć, dobry zegarek nie musi być drogi! Sam często widzę u osób dość drogie zegarki, które bardzo łatwo wypunktować przez ich naprawdę duże wady.

Mechanizm

Najprostszy podział zegarków patrząc na mechanizm to zegarki kwarcowe i mechaniczne. Te pierwsze to standardowe zegarki z baterią, która zasila nasz sprzęt i która dba o dużą dokładność chodu. Drugie natomiast się nakręca. Powiedzmy, że jedno pełne nakręcenie wystarczy nam na +/- 48h (zależy od zegarka) i wtedy zegarek się zatrzyma. Oczywiście możemy także dokręcać w międzyczasie i pilnować by zegarek nie siadł.

Zegarki Kwarcowe zwykle są tańsze. Wszelkie naprawy raczej nie uderzą nas mocno po kieszeni. Duży odsetek takich zegarków można poznać np. po drodze wskazówki sekundowej, gdzie przeskakuje ona na kolejne indexy. Zegarki mechaniczne natomiast zwykle są droższe ze względu na bardziej skomplikowane bebechy, w nich to wskazówka bardziej „płynie”, a nie „skacze” jak w poprzednim.

Istnieją także swoiste hybrydy dwóch tych systemów, ale tu dużo zależy od konkretnych modelów.

Nie ma jasnej odpowiedzi co jest lepsze. Zegarki kwarcowe są bardziej przystępne i zwykle to na nich skupiamy swój wybór, jednak przy którymś z kolei zegarku można trochę poeksperymentować i zakupić zegarek z duszą (mechaniki zupełnie inaczej chodzą jak przyłoży się do nich ucho).

Tworzywo wykonania

Najpierw dobrze skupić się na szkiełku. Mamy najbardziej popularne szkiełka just like pleksa, które bardzo latwo zarysować, szkiełka mineralne, które powoli stają się standardem, ciężkie do zarysowania oraz szafirowe praktycznie niemożliwe do zarysowania. Tak naprawdę wystarczy nam mineralne – przy dość normalnym użytkowaniu abosultnie nie powinniśmy odnajdywać jakiś rys i nie są jakieś wybitnie drogie.

Ważne jest także tworzywo koperty oraz paska. Najbardziej bezpiecznym wyborem są koperty stalowe, ale to dużo zależy od samego zegarka. Koperty ogólnie raczej zawsze będą się rysować. Większą uwagę zwróciłbym na pasek. Najpopularniejsze tworzywa to skóra, stal (pochodne) oraz kauczuk. Istnieją oczywiście inne od drewna po parciane, ale no Tu tak naprawdę kwestia gustu, ale warto zwrócić uwagę, że np. skórzane/kauczukowe paski są średnie na lato, gdzie to często poci nam się ręka i wgl. Mają oczywiście swoje zalety. Raczej niemożliwe by się porysowały. Także często są bardziej trwałe, w metalowych istnieje ryzyko uszkodzenia/wyrobienia się zamków, zapięć etc., ale tu raczej każdy niech dostosuje do siebie. Ew. ma jeden w każdym rodzaju.

Wodoszczelność

Wodoszczelność często jest nieco przekłamywana, ale też chyba nikt tak zaraz nie będzie sprawdzać, czy jego zegarek ma wodoszczelność 100m czy faktycznie 200. Ważne, aby nasz sprzęt wgl. jakieś zabezpieczenie posiadał, lecz osobiście radzę, jakiegokolwiek byśmy nie mieli, nie wystawiać go na ciężkie próby.

Znana marka

Zasadniczo punkt ten streściłbym do klasyka Nie kupuj zegarków firmy, która robi majtki i taka też jest prawda. Firmy pokroju Emporio czy inne Nike, zwykle nie będą spełniać podstawowych zasad dobrego zegarka. Znam gościa, który wybulił za zegarek coś pod 1k, gdzie po miesiącu czy dwóch użytkowania wygląda jak szajs z porysowanym.. wszystkim.

Podróbki

Nie kupujmy podróbek. Nie warto. Nie dość, że trochę wstyd jak ktoś nas na tym złapie to są one także naprawdę niskiej jakości. Bywają podróbki dobrze zrobione, imitujące duże marki, ale zwykle też można jest rozpoznać dlatego też..

Sprawdzajmy informacje

Jakiś czas temu spotkałem się z ogłoszeniem, gdzie typ sprzedaje Rolexa w dość niskiej cenie tylko bateria w nim nie działa.. znajdź błąd

Uniwersalizm

Nie ma uniwersalnego zegarka. Inny zegarek założymy na imprezę firmową, a inny na 18 kolegi. Serio dobrym pomysłem jest z czasem skompletowanie kilku, na różne okazje.

Dodatkowe funkcje

Wiadomo, zegarek ma głównie pokazywać czas, ale często przydaje się także do innych rzeczy. Dobrze zadbać o np. podświetlenie, WaveCeptor (ustawianie się godziny za pomocą fal radiowych) czy nawet ładowanie się za pomocą fal słonecznych. Wszystko wedle potrzeb.

 

Tak na koniec, mimo tych wszystkich rzeczy, najważniejsze żeby zegarek się przede wszystkim podobał. W końcu może on się stać stałym towarzyszem naszego życia, a lepiej mieć dobrego towarzysza, prawda?

W razie pytań zapraszam do komentarzy, postaram się odpowiedzieć.


Najlepsze kanały na YouTube: Nieprzygotowani

Zasadniczo nie oglądam seriali. Przynajmniej teraz. Kiedyś wpadały różne serie, ale jednak trzeba poświęcić na to trochę czasu żeby ukończyć jakiś w całości, a tego niestety nie mam tyle ile bym chciał. Trochę czasu spędzam za to na YT i to tam od listopada wsiąkłem w pewien twór.

Nieprzygotowani to kanał produkcji naszego rodzimego giganta śmiesznych filmików w internecie – AbstrachujeTV. Tym razem jest jednak trochę bardziej poważnie, momentami nawet merytorycznie. Oczywiście dalej można odnaleźć tu sporą dawkę przerysowanego humoru, na który należy spojrzeć z przymrożeniem oka,nie mniej jest naprawdę nieźle i można się wręcz momentami jakoś utożsamić z postacią. Tematem wiodącym kanału są perypetie świeżo upieczonych licealistów, a zwłaszcza młodego Berkowskiego, dla którego liceum ma być szansą na nowe, bardziej udane życie. Każdy odcinek jest o czymś innym, jednak główna oś jego perypetii tworzy nam pewną spójną całość. W Nieprzygotowanych poznajemy zupełnie nowe twarze, ale możemy odnaleźć także gościnne występy innych zaprzyjaźnionych z kanałem twórców co dodaje tu pewnego smaczku.

Oczywiście same nasuwają się porównania z Małolatami czy też Szkołą TVN, jednak jest to zupełnie inny, nieporównywalnie wyższy poziom. Na pewno wpływa też na to ilość pracy włożonej w odcinki. Od początku listopada odcinki pojawiały się jedynie raz w tygodniu, w każdą środę o 17:00. Właśnie skończył się pierwszy sezon, co daje nam 16 odcinków. Warto nadmienić także, że jest to obecnie najszybciej rosnący kanał na polskim YT, który na moment pisania wpisu ma ponad 750 tysięcy subskrybentów! Oczywiście to kwestia gustu, nie mniej, ja polecam i czekam na więcej!