Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Autor: Piterus

Vice City potrafiło się zestarzeć

Dziś rano przy śniadaniu, równolegle do pączka i herbaty, na ekranie mojego smartfona oglądałem po raz wtóry jeden z filmów Quaza, w którym myśl przewodnia to że gry starzeją się lepiej gdy są ładne stylistycznie, a nie technologicznie i gdy robią coś unikatowego, coś czego żadna inna produkcja wcześniej lub później nie zrobiła lepiej. Mając na uwadze to jak i moją słabość do Vice City, gdzie gra zajmowałaby pewnie wysokie miejsce w moim osobistym rankingu ulubionych gier, wziąłem właśnie ją na warsztat – jak zestarzało się Vice City i co jest w niej takiego co przyciąga graczy zarówno do wersji single jak i nieoficjalnego multi przez dobrą ponad dekadę.

Grand Theft Auto: Vice City z 2002 roku to jedyna tak głośna gra, która została osadzona w kolorowym świetle lat ’80 Stanów Zjednoczonych Ameryki. Okresu, do którego w moim przypadku nostalgia jest szczególnie mocna i wydaje mi się, że nie tylko dla mnie ale ogólnie dla ludzi w moim wieku i starszych. Ogromny wpływ miała/ma na to wszechobecna popkultura jaką jesteśmy od małego karmieni. Seriale typu Gliniarz i Prokurator, Drużyna-A, filmy osadzone w tym okresie czy w końcu złota era muzyki z praktycznie każdego gatunku sprawia, że dla wielu był/jest to okres wyjątkowy. I tu rodzi się pytanie. Czy jest jakiś duży tytuł w ramach kręgu gier video, który połączył to wszystko i który zrobił to lepiej niż Vice City?

Jako konkurencja na myśl przychodzą mi jedynie Hotline Miami, czy niedawny Beat Cop, lecz nie są to na pewno odpowiedni „przeciwnicy” dla Vice City – oba tytuły to raczej minigierki przy produkcji wielkiego R z gwiazdką i nie mówię tu tego, by im cokolwiek umniejszyć. Oczywiście, posiadają bardzo dobry klimat, warstwa audiowizualna tam to świetna sprawa, ale mówimy tu o zupełnie innej skali. I chociaż VC również z perspektywy czasu posiada swoje wady, tak i tak ma swoisty monopol, jeśli chodzi o podobne tytuły. Swoje trzy grosze dokłada także scena modderska, dzięki której tytuł staje się znacznie bardziej grywalny.

Klimat to w sumie też pojęcie stosunkowo ogólne. Wiadomo składa się na to wiele czynników. Weźmy taką muzykę. Vice City jak mało który tytuł posiada tak bogate pozycje jeśli chodzi o ścieżkę dźwiękową. Podobnie jest z innymi odsłonami GTA, niemniej każda dotyczy powiedzmy swojego okresu czasowego i jakby nie wchodzi sobie w paradę. Zasadniczo może to też jest klucz do sukcesu GTA jako ogólnie serii – nie mają tak naprawdę dla siebie godnej konkurencji, ba, mówimy nawet tzw. grach just like GTA. Ktoś rzuci VCS jako bezpośredni przeciwnik VC z rodzimego podwórka i w słusznie może fakt, że w tę część dane graczom zagrać jedynie na paru urządzeniach co trochę deklasuje tytuł i zostawia go mocno w tyle.

Osobiście zawsze mam ciarki jak widzę zwiastun Vice City na Androida w momencie gdy wchodzi kawałek Laury Branigan. I chociaż tytuł ten długo na moim telefonie nie zagościł (bo po prostu szukam innego typu gier jeśli chodzi o mobilną rozgrywkę) to i tak jest to jeden z lepszych zwiastunów gier dla mnie ogólnie, a już na pewno najlepszy zwiastun Vice City. Swoją drogą chciałbym poczytać kiedyś czego spodziewano się po tej wersji, jakie były oczekiwania. Internet nie był wtedy tak popularny, więc poszukiwania trzeba byłoby zacząć od czasopism. Niemniej jeśli ktoś obawiał się, że kolejna odsłona nie da rady dźwignąć sukcesu trójki, to obawiał się zdecydowanie niesłusznie.

Wiele wskazuje na to, że już za parę lat będzie dane nam do Vice City wrócić. Nie w jakimś modzie, rodem jak znamy VC Rage, ale w pełnoprawnym tytule. Kwestia tu jest jednak inna. Gra nie będzie osadzona już w latach ’80, lecz co pewniejsze pokaże nam miasto w uwspółcześnionej wersji, co wcale, a wcale nie zaburzy monopolu wersji z 2002 roku. I tak nadal Vice City będzie jedną taką grą, jedyną w swoim rodzaju, grą która nadal będzie czekać na swojego prawdziwego następcę. Tylko czy naprawdę go potrzebuje? Niech każdy odpowie sobie sam.


Królewski Real 2016/17!

Dla fanów Realu Madryt sezon 2016/17 był niezwykle udany. Klub sięgnął po Klubowe Mistrzostwo Świata, odzyskał Mistrzostwo Hiszpanii, wygrał po raz 12 Ligę Mistrzów oraz stał się pierwszym i jedynym jak do tej pory klubem, który obronił ten puchar w nowej formule, a  warto jeszcze przypomnieć o sięgnięciu na początku sezonu po Superpuchar Europy. Wszystko to wraz z posiadaniem w składzie najlepszych piłkarzy na świecie z liderem Cristiano Ronaldo na czele, który możliwe, że właśnie zapewnił sobie 5 Złotą Piłkę czym zrównałby się z innym geniuszem futbolu – Leo Messim, napawa kibiców Królewskich dumą i optymizmem.

Dla mnie ubiegły sezon w jego trakcie był strasznie niepewny. Prawda, Real był faworytem w większości rozgrywek jednak zarówno ta presja jak i gęsty terminarz budził pewne obawy. Sporo graczy często łapało kontuzje przez co albo nie mogli znaleźć odpowiedniej formy albo nie byli po prostu do dyspozycji trenera, przez co niektóre pozycje praktycznie nie miały zmienników. Tym bardziej, że im dalej w las czyt. ostatnie kolejki czy finały pucharów, nadal nie gwarantowały zwycięstwa – Realu nie zadowala finał, trzeba go jeszcze wygrać. Na szczęście dobra taktyka Zidane’a, świetna dyspozycja kluczowych graczy dla zespołu w najważniejszych momentach oraz rotacje w składzie przyniosły upragniony sukces. Rotacje to szczególnie ważna sprawa przy tak długim terminarzu, nawet Ronaldo musiał się bardziej oszczędzać, a do głosu dochodzili także młodsi zawodnicy, którzy dostawali swoje szanse na grę. Niektórzy z czasem wykrystalizowali się jako zawodnicy do odejścia – dziś z nami nie ma już m.in. Pepe (nie dogadał się z klubem w kwestii kontaktu), Coentrao (więcej czasu spędzał z medykami niż na boisku), Moraty (świetny piłkarz, numer dwa w klubie pod względem strzelonych goli, ale nadal ciężko wygryźć ze składu BBC, a on sam nie chciał być zmiennikiem), Jamesa (zniżka formy, przesyt w środku pola, wyżej od niego był Isco czy Lucas) czy Danilo (zmiennik Carvajala, solidny pod koniec sezonu, jednak poszedł za częstszą grą do innego klubu). W ich miejsce przyszli raczej młodzi gracze wracający z wypożyczeń, którzy dopiero pokażą na co ich stać w naprawdę wielkiej piłce. Pieniądze wydane zostały, jak do tej pory, jedynie na Theo Hernandeza za 30 mln z Atletico oraz Daniego Ceballosa za 17 mln z Betisu Sevilla. Nie są to astronomiczne sumy. Czy przyjdzie jeszcze jakiś duży transfer? Czy ktoś jeszcze odejdzie? Czas pokaże.

Sezon 2016/17 był dla mnie szczególny także z innego powodu. Ogólnie za datę rozpoczęcia swojej przygody z kibicowaniem Realowi Madryt uznaje Mistrzostwa Świata 2006 w Niemczech i tak, wiem, że są to zawody gdzie grają reprezentacje, ale ogólnie był to pierwszy mój tak duży świadomy turniej, który oglądałem i kibicowałem reprezentacjom, gdzie grali zawodnicy Królewskich z Zidane’m, Figo, Ronaldo, Beckhamem, Raulem czy Roberto Carlosem na czele. Po mistrzostwach przyszedł sezon 2006/07 co daje nam równe 10 lat kibicowania Realowi. Oczywiście, piłkarzy i tak dalej znałem już wcześniej, ale nie na tyle by móc powiedzieć, że konkretnie im kibicuje. Przez tę dekadę były różne chwile – zarówno te piękne z la Decimą na czele, z rozpoczęciem nowej ery galacticos, z przyjściem Ronaldo, Kaki, piękną końcówką ostatniego mistrzowskiego sezonu Carlosa i Beckhama czy objęciem stanowiska trenera przez Zidane’a, jak i te bardzo ciężkie, jak lata posuchy w Lidze Mistrzów, nieszczęsna granica 1/8, pudła Higuaina, 0-5 i 6-2 z Barcą, porażka z 0-4 III-logowym Alcoronem… wszystko to składa się na cały obraz kibicowania klubowi w różnych dla niego momentach. Oby przez kolejną dekadę i dłużej Real zapewniał swoim kibicom różne, piękne emocje, bo kibicowanie, ogólnie zespołom, każdy swojemu, to jedno z najfajniejszych zainteresowań jaka może człowieka spotkać i jakie może mieć. Serio. Spróbujcie sami


TOP 10 gier Java, tak na luźno.

Jakiś czas temu na tej stronie pojawił się wpis o moim TOP 10 gier konsoli Pegasus (ew. NES). Kwestią czasu było tylko, aż pojawi się tu w sumie podobny artykuł. Tym razem sięgam po platformę Java – generację gier na komórki, która swojego czasu również była dość dużym obiektem moich zainteresowań. Swoją drogą sporo siedziałem w telefonach tak na oko dekadę wstecz, lecz później wraz ze stopniowym wzrostem popularności telefonów systemowych hobby te coraz częściej się ze mną rozmijało. Dziś jednak nie o tym – przystąpmy do listy. Starałem się umieścić tu jedynie oficjalne porty gier, tak gwoli ścisłości. Lista niby jest na zasadzie, że 1 miejsce jest najlepsze i im dalej tym nieco gorsza gra, ale to bardzo umowne, szczególnie na dalszych pozycjach.

Miejsce 10: Might And Magic Mobile 2

Listę otwiera Might and Magic Mobile 2 od studia Gameloft uznawanego za jednego z lepszych twórców gier na tę platformę – posiadali stosunkowo dużo gier w swoim wachlarzu, w większości całkiem udanych. Wspomniana gra to typowy RPG – mamy swoją postać, która wraz z rozwojem fabuły nabywa nowe umiejętności, podnosi swój „poziom” i tak dalej. Wszystko to zbudowane jest w średniowiecznej scenerii ze smokami i magią i księżniczką w rolach głównych. Posiadała całkiem zręczne sterowanie, trochę zagadek logicznych i naprawdę wciągającą fabułę.

Miejsce 9: Splinter Cell Pandora Tomorrow

Splinter Cell Pandora Tomorrow (nawiasem również ze studia Gameloft) jest jedną z najlepszych skradanek na Javę, z resztą podobnie jak jej PC-towe odpowiedniki są przedstawicielem pewnego typu gier. W grze wcielamy się w tajnego agenta, który ma za zadanie wykonać swoją misję w możliwie jak najmniej głośny sposób. W akurat tej wersji szczególnie urzekła mnie kolorystyka – rzekłbym, że to jedna z najładniejszych na Javę gier, opierająca swoje barwy głównie o kontrast. Inne części również były niezwykle udane, ale ta zapadła mi w pamięci najbardziej.

Miejsce 8: Gothic 3 The Beginning

Kolejny RPG w tym zestawieniu, tym razem od HandyGames. Dla wielu legendarna gra na PC – ja osobiście nie miałem z nią tam zbytnio do czynienia, więc mogłem podejść do tytułu względnie świeżo. Wersja na Javę była naprawdę całkiem ciekawa grą, z dobrym humorem i wciągającą fabułą. Cieszyła otwartość świata i pewna dowolność wykonywania zadań. Mógła wkręcić na naprawdę dłuższy czas.

Miejsce 7: Car Jack Streets

Co do tego tytułu to kwestia połknąć bakcyla na początku. Ogólnie Car Jack Streets od Tag Games polegał na tym, że mamy do spłacenia pewien dług u pewnego potężnego mafioza i codziennie (gra opiera się na czasie rzeczywistym, pobiera datę/godzinę z naszego telefonu) musimy spłacić pewną część, jeśli byśmy tego nie zrobili w podanym czasie, czyli przed upływem północy każdego dnia, była wysyłana za nami pogoń i gdy zginiemy to musimy całą grę przechodzić od nowa. Utrzymana w klimatach pierwszych odsłon GTA sprawdzała się znakomicie w misjach jakie były tam dostępne, a mowa o klasycznych misjach typu zabójstwo na zlecenie, kradzież aut, konwój, wyścig i tym podobne. No i końcówka gry jak już minie te kilka tygodni spłacania wymiata

Miejsce 6: Prince of Persia Classic

Prince of Persia Classic to odpowiednik klasycznego Księcia Persji m.in. z Pegasusa, tym razem wydanego przez Gameloft przy współpracy z Ubisoftem. Wszystkie pierwotne założenia są takie same, mamy w ciągu godziny uratować księżniczkę z rąk okrutnego czarnoksiężnika. Poprawiona jest mechanika gry, jej warstwa audiowizualna, całość została wzbogacona o nowe tryby gry, ułatwiające rozgrywkę. Kto zetknął się z tym tytułem już wcześniej, na starszych generacjach konsol, będzie czuł się tu jak w domu.

Miejsce 5: Wall-E

Możliwe, że dość niespodziewana gra w tym rankingu od nieistniejącego już giganta gier THQ. Wydaje się prostą gierką wydaną przy okazji premiery dużego filmu Pixara – nic bardziej mylnego. Jest to jedna z lepszych gier logicznych na Javę. Całość polega na dotarciu z punktu A do punktu B przy pomocy własnoręcznie skonstruowanej drogi, którą tworzymy, podobnie jak w filmie, z tego co znajdziemy, czyli głównie ze śmieci. Bardzo dobra gra z ciekawymi poziomami.

Miejsce 4: Sola Rola

Sola Rola to jedna z pogodniejszych i bardziej zwariowanych gier nie tylko na Javę, ale ogólnie w świecie mobilnej rozrywki. Wcielamy się tam w postaci kolorowych glutów, którym przyjdzie.. uratować wszechświat! Mnogość poziomów, ich projekt i warstwa audiowizualna robi naprawdę wrażenie. No i humor, którego tu nie brakuje. Szanuję także za sterowanie, bo dzięki takiej, a nie innej postaci głównego protagonisty sprawia ono prawdziwą frajdę.

Miejsce 3: Gangstar 2 Kings of LA

Pamiętam jak dziś jak bardzo wyczekiwałem premiery tej gry na pewnym forum – w końcu seria Gangstar od Gameloftu była dla Javy tym, czym GTA od Rockstara dla świata większego grania. Mnogość możliwości, pojazdów (motory!), a także niebanalne misje, ba, wybory moralne… Swoją drogą było widać w tym tytule strasznie dużo inspiracji GTA IV, które wyszło plus minus w podobnym czasie. Jak ściągać to od najlepszych!

Miejsce 2: PES 2009

PES 2009 od Konami występuje tu jako przedstawiciel najlepszej mobilnej symulacji piłki nożnej w tamtym czasie. Jednak nie to jest jest głównym atutem gry. Prawdziwą furorę robił tu tryb multiplayer przez bluetooth na którym spędziłem naprawdę wiele fajnych chwil z kolegami ze szkoły. Idealna i w sumie jedna z niewielu tak udanych gier multi na Javę.

Miejsce 1: Deep – Submarine Odyssey

Miejsce pierwsze nie mogło być inne. Deep 3D od studia Fishlabs to dla mnie bez wątpienia najlepszy tytuł w jaki miałem przyjemność zagrać na Javie. Wspaniała, nierażąca w oczy trójwymiarowa grafika, genialna fabuła, otwarty świat porównywalny wielkością z głośnym No Man’s Sky (no prawie) oraz cała możliwa otoczka sprawia, że z nostalgią patrzę dziś na ten tytuł. Bardzo brakuje mi go np. we współczesnej wersji na Androidzie, a i ogólnie szkoda, że studio z którego wyszła ta gra już nie działa już tak jak kiedyś.

 

Oczywiście nie są to jedyne warte uwagi gry w które grałem – wiele świetnych gier musiałem odrzucić, chociażby Ultimate Street Football, Nowhere czy Age of Empires III. Być może powstanie jeszcze kiedyś jakiś luźny wpis o innych paru tytułach – z resztą podobny przypadek jest z moją poprzednią topką, tam też sporo gier odrzuciłem, a warto o nich wspomnieć, ale to już za jakiś czas, będziemy o tym myśleć. A jakie były wasze ulubione gry na Javę? Jakie macie wspomnienia związane z tą platformą? Piszcie w komentarzach.


Linkin Park już nigdy nie będzie taki sam.

Chester Bennington, wokalista zespołu Linkin Park nie żyje. Odszedł w wieku 41 lat. Niech spoczywa w pokoju.

Nie wiem, informacja ta jakoś mnie dotknęła. Oczywiście to nie jest odosobniony przypadek, wielu ludzi, których znamy ze świata medialnego odchodzi. Wielu bardzo cenię i również są/były to ogromne straty, ale tu poczułem się jakoś tak dziwnie. Swojego czasu strasznie dużo słuchałem LP, głównie w latach gdy byłem gimnazjalistą i kawałki pokroju In the end czy A place for my head na stałe gościły na mojej playliście, a i dużo wcześniej znałem ten zespół. Podobała mi się cała otoczka tych piosenek, ich niecodziennie brzmienie, głos Mike’a Shinody czy samego Benningtona. I chociaż później z zespołem się już raczej rozmijałem, bo zmienili swoje brzmienie, a i mój gust również trochę ewoluował to ogromny sentyment pozostał na tyle, że słysząc konkretne piosenki przed oczami stoją mi różne sytuacje z przeszłości. Zdecydowanie światowej muzyce będzie go bardzo brakować.


Cześć, jak leci?

Postanowiłem pokusić się o pewien wpis organizacyjny. Za nami pierwsze półrocze Anno Domini 2017. Od wpisu na podsumowanie ubiegłego roku pojawiło się tu 17 wpisów, co daje tam średnio 2-3 wpisy na miesiąc. Całkiem znośnie biorąc pod uwagę, że cały poprzedni rok zakończyłem tu z 24 wpisami, czyli średnia jak najbardziej się utrzymuje i całkiem nieźle rokuje na przyszłość. Mogło być tych wpisów z mojej ręki jeszcze więcej, ale pierwsza połowa tego roku była dla mnie dość ciężka z różnych względów – całkiem sporo czasu spędzałem na komputerze w związku z pracą i momentami nie miałem już ochoty męczyć wzroku ani ogólnie „się” jeszcze na wpisy, a równolegle studiowałem też przecież i robiłem inne rzeczy „ot tak” przy różnych projektach w różnych miejscach. Wiele to mówi c’nie? Obecnie w przerwie między jednym rokiem akademickim, a drugim, po pewnych już doświadczeniach zawodowych, podjąłem inne zarobkowe zajęcie, w sumie też bardzo związane z przesiadywaniem w internecie, tylko, że teraz… piszę artykuły dla pewnego portalu internetowego co bardzo mnie cieszy. Myślę, że wyjdzie to tylko na plus także tej stronie, bo będąc tak jakby w toku w miarę regularnego pisania nieco łatwiej złapać wenę do sklejenia czegoś ciekawego także na tę stronę. Z resztą zobaczymy jak to będzie. Jestem w dobrej myśli, szczególnie, że teraz mam kolegę do pomocy

Od jakiegoś czasu mogliście zauważyć, że na tej stronie piszę nie tylko ja. Pojawiły się i pewnie pojawiać będą się dalej wpisy Vandiego, którego większość pewnie zna z tzw. LU-DM Team, czyli społeczności związanej niegdyś z Liberty Unleashed, a teraz głównie z VC:MP (odnośnik po prawej tak wgl). Na ten moment zamieścił tu trzy swoje teksty, ale sadzę, że na tym nie koniec i mniej lub bardziej regularnie jego wpisy będą się tu pojawiać, co przysłuży się wszystkim wokół. W planach mam także zmianę nazwy strony, co za tym idzie domena, logo i inne takie ulegną zmianie, ale na tę chwilę są to jedynie plany, zobaczymy co z nich wyjdzie.

Jakby ktoś coś miał to zapraszam do komentowania wpisów czy tam jakiegoś kontaktu gdzieś, na sb na przykład. W planach zarówno ja jak i Vandi mamy kilka ciekawych wpisów, także strona będzie jeszcze fajnie funkcjonować. Trzymam za to kciuki!

Macie dobry kawałek przy okazji:


Valiant Hearts: The Great War – recenzja

Mam wrażenie, że współczesne strzelanki (głównie pierwszoosobowe) sprzedają bardzo mylny obraz wojny. Oczywiście powoli się to zmienia (chociażby najnowszy Battlefield 1), ale spora część z nich dalej pokazuje walkę jako zabawę dla dużych chłopców, gdzie jeździ się wielkimi czołgami i strzela co moment headshoty. Tymczasem tak nie jest. Wojna to przede wszystkim piekło zgotowane przez ludzi innym ludziom na ziemi. Taką właśnie wojnę pokazuje Valiant Hearts: The Great War.

Wydawać by się mogło, że zwykła przygotówka nie może nieść za sobą zbyt wielkiej dawki emocjonalnej, niezwykle potrzebnej by w miarę dosadnie i w odpowiedni sposób dotknąć tematyki wojny – w tym przypadku I Wojny Światowej. Konfliktu, który miał być wojną ostateczną, wojną, która zakończy wszystkie wojny. Nic bardziej mylnego. Ubisoft Montpellier pokazało, że siła tkwi w prostocie, zarówno pod względem stylistyki jak i samego przekazu.

Valiant Hearts to prosta gra, w moim przypadku na dwa dobre dni grania, składająca się z prostych zagadek logicznych i typowych zabiegów zręcznościowych. Stosunkowo sporo tu tzw. Quick Time Eventów, elementów w stylu „zdobądź element A, żeby uzyskać B, a dam ci C” ale mi osobiście to tak nie przeszkadzało. Z resztą, największy nacisk poszedł tu na warstwę poznania realiów historycznych jak i samej historii bohaterów. Pokrótce, gra opowiada historie kilku postaci, które dzieją się równolegle względem siebie, a nawet przeplatają. Mamy tu pewną rodzinę we Francji, gdzie to młody Niemiec ożenił się z Francuską, mają syna, mieszkają z teściem, no i co – wybucha wojna. Chłopak trafia do armii niemieckiej, podstarzały teść do francuskiej, tym samym stają po dwóch przeciwnych stronach konfliktu. Mamy też Amerykanina, który ze swoich osobistych powodów także postanowił wziąć udział w konflikcie oraz młodą sanitariuszkę, która będzie miała naprawdę sporo do roboty. No i pies. Sporo rzeczy będziemy robić z jego pomocą. Wszystko to odnajdujemy w stylistyce ciężkiego konfliktu, często nie tego z głównego frontu zdarzeń, a z obozu jenieckiego, okopów czy podziemi. Narracja cały czas wyjaśnia nam poszczególne zdarzenia, przypisuje je kontekstowi historycznemu, ale jest to na tyle nienachalne, że fajnie się to czyta. Są również rzeczy do znalezienia, które dodatkowo niosą za sobą pewną wiedzę historyczną. Całość przedstawiona jest w rysunkowej grafice, która swoją surowością jedynie podkreśla tragizm sytuacji. Wyobraźcie sobie ogrom ofiar rozrysowanych w ten sposób. No i muzyka. W większości są to utwory zagrane na pianinie, ogólnie wszystko z ramienia muzyki klasycznej. Pogoń w rytm tego utworu i zsynchronizowane z tym bombardowanie drogi to jedna z lepszych scen w grze. Oprócz oczywiście tych bardzo emocjonalnych, bo takich jest tu co niemiara, a sam koniec może wycisnąć niejedną łzę nawet z najbardziej zatwardziałego gracza, przy czym niesie też za sobą bardzo ważny morał. Gra dobitnie pokazuje, że na wojnie granica między tymi dobrymi, a tymi złymi bardzo się zaciera. Tym bardziej uwydatniona jest przez to bezsensowność konfliktu. Pokazuje, że wojna, to coś, czego nikt nigdy nie chciałby przeżyć.
Polecam zagrać każdemu, a jeśli nie zagrać to obejrzeć chociaż jakiś let’s play Roja np. (pod względem emocjonalnym dobrze się u niego to ogląda), bo to gra, która przynajmniej w moim mniemaniu, jest jedną z tych gier, które przynajmniej raz w życiu powinno się w taki czy inny sposób poznać. Warto.


Lektury nie są złe

Człowiek inaczej patrzy na lektury szkolne jak jest już po maturze. Wiadomo, podczas edukacji czy omawiania danego utworu trudno odnaleźć radość z czytania, jeśli głównym, odgórnym zamierzeniem jest zapamiętanie czy bohater był ubrany w długi czy krótki płaszcz. Dodatkowo dochodzi presja czasu, bo czytamy głównie na ostatnią chwilę i zostajemy ze szczątkowym streszczeniem, bo coś jednak wiedzieć wypada. Tymczasem kilka kanonowych pozycji to naprawdę udane utwory, po które chętnie sięgnąłbym bez żadnego odgórnego nacisku. Przykładowo, jaa miałem to szczęście, że np. takiego Hobbita nie omawiałem, a sięgnąłem po niego z własnej woli co zaowocowało fascynacją pięknym światem Tolkiena do dziś – czy byłoby tak gdybym ją omawiał w szkole? Tej pewności nie mam. Dziś chciałbym się skupić głównie na jednej – książce, która w jakiś tam sposób prawie idealnie trafiła idealnie w moje gustum. Dżuma Alberta Camus.

Na podstawowym poziomie, Dżuma to historia ogarniętego epidemią tytułowej dżumy miasta Oran w Algerii oraz perypetii jego mieszkańców w tym okresie. I zasadniczo na tylko tym poziomie książka się broni. Zwroty akcji, budowanie emocji, swoisty niepokój cały czas towarzyszący czytelnikowi – jest naprawdę dobrze. Ale główną zaletą tego dzieła nie jest tylko dobrze napisana historia. To jedna z najbardziej uniwersalnych książek jakie w życiu czytałem! Z resztą, sama określa się jako książka-parabola.

Jest rzeczą równie rozsądną ukazać jakiś rodzaj uwięzienia przez inny, jak ukazać coś, co istnieje rzeczywiście, przez coś innego, co nie istnieje.

Daniel Defoe

Pod pojęciem dżumy można podpisać tak naprawdę wiele innych rzeczy. To już nie tylko sama choroba, to nie tylko od razu przychodząca nam na myśl II Wojna Światowa (kominy w tle, otoczka jak z Getta podczas powstania). To wszelkie zniewolenie, wszelkie zło jakie możemy sobie wyobrazić i walka z nim z poziomu postaci postawionej często na z góry straconej pozycji, bo ten pierwiastek jest w każdym z nas, nikt nie jest, metaforycznie, tylko biały czy tylko czarny ani nikt często nie ma monopolu na prawdę. Ale w tej pozycji tak naprawdę nie ma nic pesymistycznego. Trochę banał, ale liczy się ciągłe dążenie do perfekcji, której nigdy się nie osiągnie i no cóż, tak ma być!

Z poglądów autora bije przeświadczenie, że jedynym wyznacznikiem moralności jest zwykła uczciwość. Ona to każe przede wszystkim bronić człowieka, a co za tym idzie – nie zgadzać się na zło (cytat z wiki) pod czym w pełni się podpisuję. Tak naprawdę tu nie chodzi by dzielić ludzi (jak w książce na chorych i zdrowych) ze względu na ich religię czy nację, a na to, czy są najzwyczajniej dobrymi czy złymi ludźmi. Swoją drogą jak mało w dzisiejszym świecie jest właśnie takiego podziału. Cały czas tworzymy sobie sztuczne my i wy na każdej płaszczyźnie od ulubionego koloru po fundamenty światopoglądowe. Ba, chorych nazywamy zdrowymi, a zdrowych chorymi. Wymyślamy sobie wyimaginowanych wrogów, bo tak naprawdę nie dajemy rady samym sobie. Czyż nie jest tak? Bardziej chcemy przekonać samych siebie, że mamy rację, niż że ktoś się myli. Usprawiedliwiamy się, bo po prostu tak i już. Łatwiej. Tymczasem linia podziału przebiega zupełnie w innym miejscu niż sądzimy. Pomyślmy czasem po której stronie jesteśmy – walczymy z chorobą? A może już dawno daliśmy się zarazić? Diagnozę poznamy dopiero po fakcie.


Muzyka 8bit jest git.

Nie lubię pytania „jakiej muzyki słuchasz?”. Nie wiem, może to źle zabrzmi, ale myślę, że mam na tyle uniwersalne zainteresowania w tym temacie, że nie ograniczam się raczej do jednego gatunku – mam jakieś tam swoje listy „top” i pewnie jakiś nurt w nich dominuje, ale nie zagłębiam się nad tym raczej, a jeśli już postaram się odpowiedzieć, to mam wrażenie, że zadający mi to pytanie nawet nie zrozumie o co mi do końca chodzi. Ogólnie podobna sprawa ma się z grami, książami czy filmami. Nie słucha/gra/czyta się przecież gatunków, a konkretne dzieła i różne świetne rzeczy można odnaleźć w różnych odłamach danego tworu. Z resztą chyba nie ma takiej osoby, która aż tak by zawęziła swój odbiór, że powiedzmy ogląda tylko horrory i nic więcej – no prawie niemożliwe. Wracając, tak w baaardzo dużym uproszczeniu, głównie gustuję w szeroko rozumianej muzyce lat ’80-’90 oraz w tzw. chip music (w sumie to też muzyka z tego okresu) i to na ten temat chciałbym napisać kilka słów.

Chiptune, bo w sumie z takim określeniem spotkać można się nawet częściej, to gatunek muzyki elektronicznej bazujący na dźwiękach z chipów komputerowych. Głównie kojarzony jest ze ścieżkami dźwiękowymi starych gier i konsol, czyli powiedzmy z muzyką z naszego rodzimego Pegasusa. Może zauważyliście lub nie, ale zwracam bardzo dużą uwagę na muzykę w grach, a tamte konsole w połączeniu z wiadomą nostalgią potrafiły robić prawdziwe cuda w tym klimacie.

Jeśli szczególnie miałbym polecić jakiś projekt to zdecydowanie jest to Milos and Chip Jockey działający od 2009 roku, zajmujący się właśnie takimi brzmieniami. Moim zdaniem jest jedna z najlepszych grup tego typu, przy okazji są to nasi rodacy! Chłopaki zrobili niedawno m.in. świetny motyw przewodni dla Dark Archona i serwisu gramburger.pl, czy też współpracowali wcześniej z contrabanda.eu w kwestii muzyki, więc nie byle kto i co. Fajna muzyka, fajne serwisy – Polecam!


O języku naszym. Tak trochę.

Jakiś czas temu robiłem porządek z moimi rozprawkami ze szkoły i m.in. trafiłem na temat o języku. Pomyślałem, że to całkiem dobry pretekst by napisać coś na stronę na ten temat. Było to już w sumie kilka miesięcy temu i szkic, zarys tematu jak zalegał tak zalega.. i pewnie byłoby tak nadal gdyby nie pewien filmik, który idealnie trafił w moje zdanie. Ale od początku.

Wszyscy wiemy, że język angielski zadomowił się na dobre w naszych wypowiedziach, a zwroty pokroju „Ok, no problem” czy „sorry” w większości już zbytnio ludzi nie dziwią, nie rażą. Stał się na tyle powszechny. że niektórzy stawiają go na równi z ojczystym, a momentami nawet i wyżej. W kręgach ludzi ubiegających się o pracę panuje ogólnie taka anegdota pół żartem, pół serio: pracodawca na rozmowie kwalifikacyjnej pyta interesanta jakie zna języki obce. Kiedy otrzymuje odpowiedź, że angielski odpowiada: „ale ja pytałem o obce.”

Albo inna kwestia. Ktoś gdzieś, w kręgu for fanów kina czy nie wiem, gier, wśród swoich wypowiedzi rzuci obcobrzmiące dla niektórych słowo „trailer”, no i co, i już zaraz na bank znajdzie się przynajmniej jeden poruszony, ktoś zaraz powie: No ale ja przepraszam bardzo, dlaczego na siłę używamy angielskich słów, skoro w naszym pięknym, polskim języku mamy taki piękny, POLSKI wyraz „zwiastun”? Przecież to jest istna obraza!

..Serio?

Pierwsze primo – jeśli ktoś użyje w swoim sforsowaniu „obcego słowa”, w tym przypadku niech jest ten „trailer”, to zwykle nie jest to spowodowane chęcią jakiegoś zabłyśnięcia czy nie wiem, jakimś szpanem, wielką komercjalizacją, spaczeniem umysłu blabla czy czymkolwiek. Ktoś tak napisał/powiedział… bo po prostu tak, bez większej ideologii. Takie słowo komuś akurat przyszło na myśl i pasowało mu do kontekstu wypowiedzi. Strasznie słabe jest takie przyczepianie się do kogoś o użycie danego słowa. Coraz częściej skupiamy się na formie, gdzie traci na tym treść, ale to już na marginesie i nie, nie namawiam tu do niechlujstwa językowego, bo nie. Najzwyczajniej nie bądźmy tak ortodoksyjni w niektórych kwestiach. Język jest czymś żywym i nieustannie się zmienia. Jeszcze niespełna 100 lat temu mówiono zupełnie inaczej, ba, nasi rodzicie mówili inaczej niż my i może kogoś zadziwię, ale JEST TO NORMALNE.

na świecie istnieje wiele języków i mimo różnych ewolucji zachowały one swoją „charakterystyczność” i nikt nie mówi o ich wyginięciu, mimo, że też uległy niesamowitej zmianie, tylko po prostu nas to tak nie boli.

Nasza naczelna internetowa encyklopedia mówi nam o wielu zapożyczeniach w naszym języku, które na pierwszy rzut oka wydawałyby się typowo polskimi słowami:

atłas (tur.), atrament (łac.), biennale (wł.), baca (węg.), bestseller (ang.), bryndza (rum.), brydż (ang), butik (fr.), czerep (białor.), czyhać (czes.), dumping (ang.), embargo (hiszp.), hultaj (ukr.), juhas (węg.), kalafior (wł.), kołchoz (ros.), kolumna (łac.), kombi (niem.), komputer (ang.), loggia (wł.), serial (ang.), torba (tur.), watra (rum.), wagon (ang.), werbunek (niem.), wiedźma (ukr.), zsyłka (ros.), żakard (fr.), żulik (ros.) itd.

Wgl uwaga, w niektórych językach istnieją także słowa pochodzenia polskiego. (klik!, klik!).

Oczywiście nie możemy przegiąć także w drugą stronę. Wiadomo złoty środek i tak dalej, nie chodźmy na running, a na spacer czy zamiast breakfastu zjedzmy, normalne, nasze śniadanie. Najzwyczajniej starajmy się nie popadać ze skrajności w skrajność, bo (w sumie jest to trochę myśl przewodnia) każda skrajność jest zła, obojętnie czego by nie dotyczyła, a o nasz język ojczysty nie macie co się aż tak bać. Nikt mu zginąć nie da, bo i jest to najzwyczajniej niemożliwe.

Aaaa i ten filmik obejrzyjcie koniecznie. Polecam.


Festiwal dawnych komputerów i gier

Parę dni temu, dość niedaleko mnie, miało miejsce całkiem ciekawe wydarzenie. Odbywał się tzw. Festiwal dawnych komputerów i gier organizowany przez lokalne muzeum, na którym szcześliwym trafem dane było mi być.

Udając się na te przedsięwzięcie, nie miałem wysokich oczewiań. Myślałem, że wbije na chwilę i zaraz wyjdę – tymczasem spędziłem tam myślę dobre ponad godzinę. Myślałem też, że wystawa będzie praktycznie pusta, lecz trafiłem akurat, że jakaś szkoła też tam sobie zwiedzała, więc było mi stosunkowo łatwo w jakimś stopniu wtopić się w tłum.

Wchodzę, mijam recepcję czy coś w tym stylu, dzień dobry, dzień dobry i udaję się od razu na miejsce. Tam wita mnie około 20 stanowisk, każde z inną konsolą i załączonym tytułem gotowym do zagrania. Runda wokół całości, żeby przyjrzeć się mniej więcej z czym mam doczynienia, no i co, może warto gdzieś przysiąść co nie? Pierwsze kroki były oczwyste – gdzie jest NES?

Przy stanowisku siedzieli już jacyś chłopcy, nie mam wyczucia ile lat, w każdym razie sporo młodsi. Stoję, przyglądam się jak im idzie. Na ekranie kultowe Super Mario Bros. Jakoś tam grają, przy wpadce przy końcówce drugiego poziomu odpuścili, odeszli to mówię przysiądę, pokażę co umiem, a warto wspomnieć, że Mario trochę liznąłem. Tu niby nie wypada się tak znów chwalić, ale w każdym razie zrobiłem chyba jakieś wrażenie, bo zaraz podbił kręcący się wokół typ od mediów i zaczął nagrywać obraz ekranu co robię, o twarzach wcześniejszych, młodszych użytkowników jak wyglądały nie wspomnę Z jakimś typem z radia gadałem nawet sobie. W ogóle gość, ten co to wszystko organizował, miał i inne oryginalne kartdridże do NESA, ale nie byly odpalane. Pytałem o Contrę, ale nie miał. Trudno, szkoda.

Następny na tablicę poszedł Prince of persia wyglądający jak to, cieżko stwierdzić na czym, coś jak stary Mac. Wersja z wyglądu niby jak ta Pegasusowa to mówię będzie bez problemu. Aha, jasne. Ok, poszło. Gra jak gra, chociaż sama przyjemność już nieco toporna. Strasznie wolno to wszystko chodziło, ale w sumie nie o to tu chodziło, a o obcowanie z samym sprzętem, poznanie jak to działa.

Chwila przerwy. Zerkam w prawo, jakiś stary PC, na oko przełom wieku, gość gra w pierwsze GTA, jeszcze dalej jakieś wyścigi. Ja idę dalej. Siadam do Atari 65XE.

Nie wiem nawet w co grałem jak mam być szczery. Wyglądało to jak taki tunel, w którym płyniemy(?) z niezwykle dużą prędkością i omijamy przeszkody za pomocą takiej specialnej gałki. Swoją drogą Atari 2600 też było, robiło lepsze wrażenie, ale nie zasiadałem jakoś do tego. Podobnie jak do jakiejś konsoli/kontroler dedykowanego specialnie do jakiejś konkretnej gry. Wyglądał jak kompas piracki i sama rozgrywka też tam się przy tym opierała. Nie wiem co to. Przysiadłem też trochę np. do Segi i Sonica, ale ja tam jakimś wielkim fanem niebieskiego jeża nie jestem. Była też m.in. Amiga 500, Nintendo 64 z Mario Kart, PONG, Commodore 64 czy też coś pierwowzór dzisiejszych kontrolerów wykorzystujących ruch oraz inne ciekawe, podobne sprzęty.

W sumie całe przedsięwziecie to naprawdę fajna sprawa. Dobra okazja dla przypomnienia sobie gier przez starszych jak i poznania niektórych konsol przez młodszych. To również calkiem ciekawa część historii. Osobiście polecam zarówno wszelkie takie wystawy, jak i bardziej w temacie, by mieć swoją ulubioną retrokonsolę na własność, by móc zagrać w tytuł z dzieciństwa nie tylko od „święta” podczas spotkań jak te, ale w dowolnym momencie, kiedy przyjdzie na to ochota.