Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Autor: <span class="vcard">Piterus</span>

Zjazd do Pitstopu – rozdział kolejny

No cześć

W życiu czasem są chwile, że trzeba zboczyć z głównego toru… niczym kierowca prowadzący w wyścigu, który musi zjechać do pitstopu w celu uzupełnienia paliwa, by mieć zapasy na resztę zawodów. 

Czy coś.

.

Ta, no.

Czuj się.

Możesz sobie planować

.

.

.

Witam serdecznie te parę osób, które odwiedza w miarę regularnie moją stronę. Trochę mnie tu nie było c’nie? A no wiecie, miałem co robić, a i trochę sobie naplanowałem w związku z tą witryną, więc i przerwa była spowodowana pewnymi pracami. Głównym punktem zapalnym była zmiana domeny. Postanowiłem pójść nieco dalej i zrezygnować z nazwy ViceClub. Znaczy zrezygnować – odciąć się od niej nie odetnę, ale chciałbym swój „blog” reklamować jednak nieco inaczej. Plus trochę przypał jak wpisujesz tę nazwę w Google, a pierwsze co wyskakuje to klub nocny w Bazylei No nic.

Podanie o nową domenę złożyłem już kilka miesięcy temu, lecz jakoś jak mawia klasyk im bardziej jej wyglądalem tym bardziej jej nie było. W sumie po czasie odpuściłem już czekanie, aż chyba 11 listopada w święto nasze piękne narodowe dostałem maila z danymi. No niemożliwe. Sprawdzam. Fakt. Jest. Lol.

W tamtym momencie z miejsca wprowadziłem stronę w tryb roboczy co z perspektywy czasu uznaję za trochę pochopny krok. Mogła sobie być public – co jej szkodziło. No ale nie. W związku z nową domeną w głowie otworzyła mi się szufladka z pomysłami dotyczącymi strony. Mówię polecę grubo, zmodyfikuje to i owo, zacznę regularnie pisać, uderzę mocniej w reklamę, może rzucę się nawet na jakiś płatny host w końcu, ba, nawet fanpage sobie zrobię.

Czas pokazał, że to jeszcze nie ten moment.

Jesteśmy ponad miesiąc później. Z rzeczy które sobie założyłem udało się zrobić jedynie kilka i tak naprawdę bez pomocy Rww, Xenona czy paru innych konsultacji społecznych (no hej!) nic by się nie udało. Jest nowe logo, wpadło kilka poprawek w motywie, wgl miał być nowy, ale w sumie wielu osobom się podoba, a i mi się na nim fajnie pracuje to po co zmieniać? Nie ma co na siłę. Napisałem sobie jakieś pierwsze bio, które będzie rozwijane, może z czasem jakieś portfolio z innych stron. Słowo klucz – z czasem. Jak mam być szczery to jednak na ten moment nie chcę iść jeszcze aż tak daleko i sygnować się tu swoim nazwiskiem. I tak już w niektórych momentach zostawiłem furtkę otwartą zbyt szeroko. Kiedyś będzie tam więcej.

W szkicach mam kilka pomysłów, które miały ujrzeć światło dzienne trochę wcześniej, ale nie będę oszukiwał – nie mogłem się jakoś do nich zebrać. Bo może ogólnie co u mnie – pracuje, uczę się, dużo czasu spędzam przed komputerem i trochę czasami najzwyczajniej nie mam weny by wziąć się i za to. Z mniej oczywistych rzeczy to na Gwiezdne Wojny idę w czwartek to może po tym coś tu, a jak nie tu to gdzieś indziej. Zależy od potrzeby.

Chociaż pozornie nie rysuje się kolorowo to i tak jestem zadowolony. Nie wiem czy zmieni się teraz jakoś szczególnie dużo pod względem pisania – pewnie i nie. Niemniej fajnie, że dalej mam tu te miejsce, gdzie mogę pobawić się nieco bardziej po swojemu. Wydaje mi się, że są to niezłe podwaliny pod dalszą zabawę.

Kiedyś (nie wiem dokładnie kiedy, bo przy starszych wpisach posypały mi się swojego czasu daty i straciłem już rachubę czy tam jest poprawna czy nie) pisałem, że chciałbym uderzyć w nieco szersze grono odbiorców. W sumie na oko rok później coś robię w tym kierunku także chyba nie jest źle.

Trochę chaotyczny ten wpis, no ale trudno.

I tak gwoli ścisłości i oficjalnego ogłoszenia. Od teraz miejsce to PitStop i taki też będzie główny adres strony: pitstop.eu.org. Nadal dostępny jest także stary adres z viceclub w nazwie, ale z czasem może nie działać on jak powinien także zachęcam do korzystania z nowego.

I do pisania komentarzy, bo pewnie o czymś zapomniałem.

Ogólnie zapraszam do zerkania co jakiś czas na tę stronę – zapewniam, że jeszcze będzie po co.

Macie spoko album, bo mi siadł ostatnio, a w klimacie nowego loga i ogólnej myśli przewodniej teraz.


Ja chce do Nowego Yorku :(

Raczej wszyscy kojarzą Tonego Hawka, jak nie z samej kariery skateboardzisty to z cyklu serii gier oznaczonych jego nazwiskiem. Przeglądając Facebooka trafiłem na świetny film z jednej z akcji jaką wymyślił. Podczas jego pobytu w Nowym Jorku postanowił zrobić prezent jednemu z jego fanów – ma rogu ulic Houston & Forsyth zostawił deskę na której akurat jechał. Kto chciał mógł iść i sobie ją zabrać do czego zachęcał sam Tony. Znalazca już zdążył się pochwalić

Podobną akcję zrobiła kiedyś Emma Watson, znana głównie z roli Hermiony Granger w filmach o Harrym Potterze gdy to zostawiała książki na różnych stacjach londyńskiego metra.

Chętnie przytuliłbym zarówno taką deskę jak i książkę, no ale cóż, trochę zbyt daleko mam. Szkoda.


Najlepszy film o Batmanie od czasu Mrocznego Rycerza!

Nie od dziś wiadomo (przynajmniej wśród tych, którzy mnie tam jakoś przynajmniej trochę znają), że interesuję się uniwersum postaci Batmana wytwórni DC. I o ile widziałem już naprawdę sporo zarówno filmów aktorskich, animowanych czy seriali o tyle na swojego rodzaju film absolutny trafiłem stosunkowo niedawno, bo i niedawno taka produkcja powstała. Mowa o dość niepozornym filmie LEGO Batman Movie.

Niech nie zmyli was akurat taka konwencja filmu. Z całą pewnością nie jest to film, który śmiało można obejrzeć z najmłodszymi – znaczy w sumie i można, ale wiele podtekstów czy odniesień do obecnej popkultury będą dla nich najzwyczajniej niezrozumiałe. Największą zaletą filmu jest jego samoświadomość – dostaje się praktycznie wszystkiemu co jest związane z Batmanem, przy czym wszyscy tam cały czas doskonale wiedzą, że są klockami co prowokuje sporo śmiesznych gagów. Wszystko to składa się na naprawdę dobry, głównie rozrywkowy film z całkiem niezłym przesłaniem.

Ogólnie dodatkowo nabrałem szacunku do tego filmu gdy zobaczyłem materiały zza kulis. Twórcom udało się stworzyć coś na wzór animacji poklatkowej, która niestety już nieco wyszła z użytku. Szkoda. Dodatkowo postanowili wprowadzić także elementy z innych filmów co w pewnych kulminacyjnych scenach naprawdę powoduje opad szczęki na podłogę. Swój egzemplarz kupiłem w jednym ze sklepów sieciowych i wydanych pieniędzy naprawdę nie żałuję.


To nie jest gra… chyba.

Jakiś czas temu w poszukiwaniu prostego tytułu do zagrania w przerwie między zajęciami / po nich, natrafiłem na grę o intrygującej nazwie There is no game. Dział w jakim się znajdowała oraz pozytywne recenzje skusiły mnie do sprawdzenia tej aplikacji na własnym sprzęcie i były to jedne z ciekawszych chwil jakie spędziłem ostatnio przy mobilnej wersji rozrywki.

There is no game wita nas (nie)ładowaniem ekranu głównego i głosem (tak, powinno w to się grać ze słuchawkami na uszach), że nie mamy zbytnio tu czego szukać, że lepiej porobić coś innego np. wyjść dwór czy poczytać książkę, bo najzwyczajniej nie jest to gra. Ten monolog trwa tak trochę, aż nie zachce się nam się po prostu poklikać po ekranie – wtedy to zaczynają dziać się rzeczy naprawdę różne. Zasadniczo wchodzimy w pewną interakcję ze wspomnianym głosem – coś na zasadzie klik = reakcja czy jak ktoś woli bardziej profesjonalnie Point’n Click, co z czasem buduje naprawdę przyjemny tytuł stricte logiczny z satysfakcjonującym zakończeniem. Cale przejście tytułu zajmuje nam max pół godziny podczas których przynajmniej ja nie raz się zaśmiałem, przynajmniej w duchu. Polecam gorąco. U mnie była to wersja na Androida, ale równie dobrze możemy zagrać w to np. za pośrednictwem swojej przeglądarki np. pod tym linkiem.


Vice City potrafiło się zestarzeć

Dziś rano przy śniadaniu, równolegle do pączka i herbaty, na ekranie mojego smartfona oglądałem po raz wtóry jeden z filmów Quaza, w którym myśl przewodnia to że gry starzeją się lepiej gdy są ładne stylistycznie, a nie technologicznie i gdy robią coś unikatowego, coś czego żadna inna produkcja wcześniej lub później nie zrobiła lepiej. Mając na uwadze to jak i moją słabość do Vice City, gdzie gra zajmowałaby pewnie wysokie miejsce w moim osobistym rankingu ulubionych gier, wziąłem właśnie ją na warsztat – jak zestarzało się Vice City i co jest w niej takiego co przyciąga graczy zarówno do wersji single jak i nieoficjalnego multi przez dobrą ponad dekadę.

Click!

Grand Theft Auto: Vice City z 2002 roku to jedyna tak głośna gra, która została osadzona w kolorowym świetle lat ’80 Stanów Zjednoczonych Ameryki. Okresu, do którego w moim przypadku nostalgia jest szczególnie mocna i wydaje mi się, że nie tylko dla mnie ale ogólnie dla ludzi w moim wieku i starszych. Ogromny wpływ miała/ma na to wszechobecna popkultura jaką jesteśmy od małego karmieni. Seriale typu Gliniarz i Prokurator, Drużyna-A, filmy osadzone w tym okresie czy w końcu złota era muzyki z praktycznie każdego gatunku sprawia, że dla wielu był/jest to okres wyjątkowy. I tu rodzi się pytanie. Czy jest jakiś duży tytuł w ramach kręgu gier video, który połączył to wszystko i który zrobił to lepiej niż Vice City?

Jako konkurencja na myśl przychodzą mi jedynie Hotline Miami, czy niedawny Beat Cop, lecz nie są to na pewno odpowiedni „przeciwnicy” dla Vice City – oba tytuły to raczej minigierki przy produkcji wielkiego R z gwiazdką i nie mówię tu tego, by im cokolwiek umniejszyć. Oczywiście, posiadają bardzo dobry klimat, warstwa audiowizualna tam to świetna sprawa, ale mówimy tu o zupełnie innej skali. I chociaż VC również z perspektywy czasu posiada swoje wady, tak i tak ma swoisty monopol, jeśli chodzi o podobne tytuły. Swoje trzy grosze dokłada także scena modderska, dzięki której tytuł staje się znacznie bardziej grywalny.

Klimat to w sumie też pojęcie stosunkowo ogólne. Wiadomo składa się na to wiele czynników. Weźmy taką muzykę. Vice City jak mało który tytuł posiada tak bogate pozycje jeśli chodzi o ścieżkę dźwiękową. Podobnie jest z innymi odsłonami GTA, niemniej każda dotyczy powiedzmy swojego okresu czasowego i jakby nie wchodzi sobie w paradę. Zasadniczo może to też jest klucz do sukcesu GTA jako ogólnie serii – nie mają tak naprawdę dla siebie godnej konkurencji, ba, mówimy nawet tzw. grach just like GTA. Ktoś rzuci VCS jako bezpośredni przeciwnik VC z rodzimego podwórka i w słusznie może fakt, że w tę część dane graczom zagrać jedynie na paru urządzeniach co trochę deklasuje tytuł i zostawia go mocno w tyle.

Osobiście zawsze mam ciarki jak widzę zwiastun Vice City na Androida w momencie gdy wchodzi kawałek Laury Branigan. I chociaż tytuł ten długo na moim telefonie nie zagościł (bo po prostu szukam innego typu gier jeśli chodzi o mobilną rozgrywkę) to i tak jest to jeden z lepszych zwiastunów gier dla mnie ogólnie, a już na pewno najlepszy zwiastun Vice City. Swoją drogą chciałbym poczytać kiedyś czego spodziewano się po tej wersji, jakie były oczekiwania. Internet nie był wtedy tak popularny, więc poszukiwania trzeba byłoby zacząć od czasopism. Niemniej jeśli ktoś obawiał się, że kolejna odsłona nie da rady dźwignąć sukcesu trójki, to obawiał się zdecydowanie niesłusznie.

Wiele wskazuje na to, że już za parę lat będzie dane nam do Vice City wrócić. Nie w jakimś modzie, rodem jak znamy VC Rage, ale w pełnoprawnym tytule. Kwestia tu jest jednak inna. Gra nie będzie osadzona już w latach ’80, lecz co pewniejsze pokaże nam miasto w uwspółcześnionej wersji, co wcale, a wcale nie zaburzy monopolu wersji z 2002 roku. I tak nadal Vice City będzie jedną taką grą, jedyną w swoim rodzaju, grą która nadal będzie czekać na swojego prawdziwego następcę. Tylko czy naprawdę go potrzebuje? Niech każdy odpowie sobie sam.


Królewski Real 2016/17!

Dla fanów Realu Madryt sezon 2016/17 był niezwykle udany. Klub sięgnął po Klubowe Mistrzostwo Świata, odzyskał Mistrzostwo Hiszpanii, wygrał po raz 12 Ligę Mistrzów oraz stał się pierwszym i jedynym jak do tej pory klubem, który obronił ten puchar w nowej formule, a  warto jeszcze przypomnieć o sięgnięciu na początku sezonu po Superpuchar Europy. Wszystko to wraz z posiadaniem w składzie najlepszych piłkarzy na świecie z liderem Cristiano Ronaldo na czele, który możliwe, że właśnie zapewnił sobie 5 Złotą Piłkę czym zrównałby się z innym geniuszem futbolu – Leo Messim, napawa kibiców Królewskich dumą i optymizmem.

Dla mnie ubiegły sezon w jego trakcie był strasznie niepewny. Prawda, Real był faworytem w większości rozgrywek jednak zarówno ta presja jak i gęsty terminarz budził pewne obawy. Sporo graczy często łapało kontuzje przez co albo nie mogli znaleźć odpowiedniej formy albo nie byli po prostu do dyspozycji trenera, przez co niektóre pozycje praktycznie nie miały zmienników. Tym bardziej, że im dalej w las czyt. ostatnie kolejki czy finały pucharów, nadal nie gwarantowały zwycięstwa – Realu nie zadowala finał, trzeba go jeszcze wygrać. Na szczęście dobra taktyka Zidane’a, świetna dyspozycja kluczowych graczy dla zespołu w najważniejszych momentach oraz rotacje w składzie przyniosły upragniony sukces. Rotacje to szczególnie ważna sprawa przy tak długim terminarzu, nawet Ronaldo musiał się bardziej oszczędzać, a do głosu dochodzili także młodsi zawodnicy, którzy dostawali swoje szanse na grę. Niektórzy z czasem wykrystalizowali się jako zawodnicy do odejścia – dziś z nami nie ma już m.in. Pepe (nie dogadał się z klubem w kwestii kontaktu), Coentrao (więcej czasu spędzał z medykami niż na boisku), Moraty (świetny piłkarz, numer dwa w klubie pod względem strzelonych goli, ale nadal ciężko wygryźć ze składu BBC, a on sam nie chciał być zmiennikiem), Jamesa (zniżka formy, przesyt w środku pola, wyżej od niego był Isco czy Lucas) czy Danilo (zmiennik Carvajala, solidny pod koniec sezonu, jednak poszedł za częstszą grą do innego klubu). W ich miejsce przyszli raczej młodzi gracze wracający z wypożyczeń, którzy dopiero pokażą na co ich stać w naprawdę wielkiej piłce. Pieniądze wydane zostały, jak do tej pory, jedynie na Theo Hernandeza za 30 mln z Atletico oraz Daniego Ceballosa za 17 mln z Betisu Sevilla. Nie są to astronomiczne sumy. Czy przyjdzie jeszcze jakiś duży transfer? Czy ktoś jeszcze odejdzie? Czas pokaże.

Sezon 2016/17 był dla mnie szczególny także z innego powodu. Ogólnie za datę rozpoczęcia swojej przygody z kibicowaniem Realowi Madryt uznaje Mistrzostwa Świata 2006 w Niemczech i tak, wiem, że są to zawody gdzie grają reprezentacje, ale ogólnie był to pierwszy mój tak duży świadomy turniej, który oglądałem i kibicowałem reprezentacjom, gdzie grali zawodnicy Królewskich z Zidane’m, Figo, Ronaldo, Beckhamem, Raulem czy Roberto Carlosem na czele. Po mistrzostwach przyszedł sezon 2006/07 co daje nam równe 10 lat kibicowania Realowi. Oczywiście, piłkarzy i tak dalej znałem już wcześniej, ale nie na tyle by móc powiedzieć, że konkretnie im kibicuje. Przez tę dekadę były różne chwile – zarówno te piękne z la Decimą na czele, z rozpoczęciem nowej ery galacticos, z przyjściem Ronaldo, Kaki, piękną końcówką ostatniego mistrzowskiego sezonu Carlosa i Beckhama czy objęciem stanowiska trenera przez Zidane’a, jak i te bardzo ciężkie, jak lata posuchy w Lidze Mistrzów, nieszczęsna granica 1/8, pudła Higuaina, 0-5 i 6-2 z Barcą, porażka z 0-4 III-logowym Alcoronem… wszystko to składa się na cały obraz kibicowania klubowi w różnych dla niego momentach. Oby przez kolejną dekadę i dłużej Real zapewniał swoim kibicom różne, piękne emocje, bo kibicowanie, ogólnie zespołom, każdy swojemu, to jedno z najfajniejszych zainteresowań jaka może człowieka spotkać i jakie może mieć. Serio. Spróbujcie sami


TOP 10 gier Java, tak na luźno.

Jakiś czas temu na tej stronie pojawił się wpis o moim TOP 10 gier konsoli Pegasus (ew. NES). Kwestią czasu było tylko, aż pojawi się tu w sumie podobny artykuł. Tym razem sięgam po platformę Java – generację gier na komórki, która swojego czasu również była dość dużym obiektem moich zainteresowań. Swoją drogą sporo siedziałem w telefonach tak na oko dekadę wstecz, lecz później wraz ze stopniowym wzrostem popularności telefonów systemowych hobby te coraz częściej się ze mną rozmijało. Dziś jednak nie o tym – przystąpmy do listy. Starałem się umieścić tu jedynie oficjalne porty gier, tak gwoli ścisłości. Lista niby jest na zasadzie, że 1 miejsce jest najlepsze i im dalej tym nieco gorsza gra, ale to bardzo umowne, szczególnie na dalszych pozycjach.

Miejsce 10: Might And Magic Mobile 2

Listę otwiera Might and Magic Mobile 2 od studia Gameloft uznawanego za jednego z lepszych twórców gier na tę platformę – posiadali stosunkowo dużo gier w swoim wachlarzu, w większości całkiem udanych. Wspomniana gra to typowy RPG – mamy swoją postać, która wraz z rozwojem fabuły nabywa nowe umiejętności, podnosi swój „poziom” i tak dalej. Wszystko to zbudowane jest w średniowiecznej scenerii ze smokami i magią i księżniczką w rolach głównych. Posiadała całkiem zręczne sterowanie, trochę zagadek logicznych i naprawdę wciągającą fabułę.

Miejsce 9: Splinter Cell Pandora Tomorrow

Splinter Cell Pandora Tomorrow (nawiasem również ze studia Gameloft) jest jedną z najlepszych skradanek na Javę, z resztą podobnie jak jej PC-towe odpowiedniki są przedstawicielem pewnego typu gier. W grze wcielamy się w tajnego agenta, który ma za zadanie wykonać swoją misję w możliwie jak najmniej głośny sposób. W akurat tej wersji szczególnie urzekła mnie kolorystyka – rzekłbym, że to jedna z najładniejszych na Javę gier, opierająca swoje barwy głównie o kontrast. Inne części również były niezwykle udane, ale ta zapadła mi w pamięci najbardziej.

Miejsce 8: Gothic 3 The Beginning

Kolejny RPG w tym zestawieniu, tym razem od HandyGames. Dla wielu legendarna gra na PC – ja osobiście nie miałem z nią tam zbytnio do czynienia, więc mogłem podejść do tytułu względnie świeżo. Wersja na Javę była naprawdę całkiem ciekawa grą, z dobrym humorem i wciągającą fabułą. Cieszyła otwartość świata i pewna dowolność wykonywania zadań. Mógła wkręcić na naprawdę dłuższy czas.

Miejsce 7: Car Jack Streets

Co do tego tytułu to kwestia połknąć bakcyla na początku. Ogólnie Car Jack Streets od Tag Games polegał na tym, że mamy do spłacenia pewien dług u pewnego potężnego mafioza i codziennie (gra opiera się na czasie rzeczywistym, pobiera datę/godzinę z naszego telefonu) musimy spłacić pewną część, jeśli byśmy tego nie zrobili w podanym czasie, czyli przed upływem północy każdego dnia, była wysyłana za nami pogoń i gdy zginiemy to musimy całą grę przechodzić od nowa. Utrzymana w klimatach pierwszych odsłon GTA sprawdzała się znakomicie w misjach jakie były tam dostępne, a mowa o klasycznych misjach typu zabójstwo na zlecenie, kradzież aut, konwój, wyścig i tym podobne. No i końcówka gry jak już minie te kilka tygodni spłacania wymiata

Miejsce 6: Prince of Persia Classic

Prince of Persia Classic to odpowiednik klasycznego Księcia Persji m.in. z Pegasusa, tym razem wydanego przez Gameloft przy współpracy z Ubisoftem. Wszystkie pierwotne założenia są takie same, mamy w ciągu godziny uratować księżniczkę z rąk okrutnego czarnoksiężnika. Poprawiona jest mechanika gry, jej warstwa audiowizualna, całość została wzbogacona o nowe tryby gry, ułatwiające rozgrywkę. Kto zetknął się z tym tytułem już wcześniej, na starszych generacjach konsol, będzie czuł się tu jak w domu.

Miejsce 5: Wall-E

Możliwe, że dość niespodziewana gra w tym rankingu od nieistniejącego już giganta gier THQ. Wydaje się prostą gierką wydaną przy okazji premiery dużego filmu Pixara – nic bardziej mylnego. Jest to jedna z lepszych gier logicznych na Javę. Całość polega na dotarciu z punktu A do punktu B przy pomocy własnoręcznie skonstruowanej drogi, którą tworzymy, podobnie jak w filmie, z tego co znajdziemy, czyli głównie ze śmieci. Bardzo dobra gra z ciekawymi poziomami.

Miejsce 4: Sola Rola

Sola Rola to jedna z pogodniejszych i bardziej zwariowanych gier nie tylko na Javę, ale ogólnie w świecie mobilnej rozrywki. Wcielamy się tam w postaci kolorowych glutów, którym przyjdzie.. uratować wszechświat! Mnogość poziomów, ich projekt i warstwa audiowizualna robi naprawdę wrażenie. No i humor, którego tu nie brakuje. Szanuję także za sterowanie, bo dzięki takiej, a nie innej postaci głównego protagonisty sprawia ono prawdziwą frajdę.

Miejsce 3: Gangstar 2 Kings of LA

Pamiętam jak dziś jak bardzo wyczekiwałem premiery tej gry na pewnym forum – w końcu seria Gangstar od Gameloftu była dla Javy tym, czym GTA od Rockstara dla świata większego grania. Mnogość możliwości, pojazdów (motory!), a także niebanalne misje, ba, wybory moralne… Swoją drogą było widać w tym tytule strasznie dużo inspiracji GTA IV, które wyszło plus minus w podobnym czasie. Jak ściągać to od najlepszych!

Miejsce 2: PES 2009

PES 2009 od Konami występuje tu jako przedstawiciel najlepszej mobilnej symulacji piłki nożnej w tamtym czasie. Jednak nie to jest jest głównym atutem gry. Prawdziwą furorę robił tu tryb multiplayer przez bluetooth na którym spędziłem naprawdę wiele fajnych chwil z kolegami ze szkoły. Idealna i w sumie jedna z niewielu tak udanych gier multi na Javę.

Miejsce 1: Deep – Submarine Odyssey

Miejsce pierwsze nie mogło być inne. Deep 3D od studia Fishlabs to dla mnie bez wątpienia najlepszy tytuł w jaki miałem przyjemność zagrać na Javie. Wspaniała, nierażąca w oczy trójwymiarowa grafika, genialna fabuła, otwarty świat porównywalny wielkością z głośnym No Man’s Sky (no prawie) oraz cała możliwa otoczka sprawia, że z nostalgią patrzę dziś na ten tytuł. Bardzo brakuje mi go np. we współczesnej wersji na Androidzie, a i ogólnie szkoda, że studio z którego wyszła ta gra już nie działa już tak jak kiedyś.

 

Oczywiście nie są to jedyne warte uwagi gry w które grałem – wiele świetnych gier musiałem odrzucić, chociażby Ultimate Street Football, Nowhere czy Age of Empires III. Być może powstanie jeszcze kiedyś jakiś luźny wpis o innych paru tytułach – z resztą podobny przypadek jest z moją poprzednią topką, tam też sporo gier odrzuciłem, a warto o nich wspomnieć, ale to już za jakiś czas, będziemy o tym myśleć. A jakie były wasze ulubione gry na Javę? Jakie macie wspomnienia związane z tą platformą? Piszcie w komentarzach.


Linkin Park już nigdy nie będzie taki sam.

Chester Bennington, wokalista zespołu Linkin Park nie żyje. Odszedł w wieku 41 lat. Niech spoczywa w pokoju.

Nie wiem, informacja ta jakoś mnie dotknęła. Oczywiście to nie jest odosobniony przypadek, wielu ludzi, których znamy ze świata medialnego odchodzi. Wielu bardzo cenię i również są/były to ogromne straty, ale tu poczułem się jakoś tak dziwnie. Swojego czasu strasznie dużo słuchałem LP, głównie w latach gdy byłem gimnazjalistą i kawałki pokroju In the end czy A place for my head na stałe gościły na mojej playliście, a i dużo wcześniej znałem ten zespół. Podobała mi się cała otoczka tych piosenek, ich niecodziennie brzmienie, głos Mike’a Shinody czy samego Benningtona. I chociaż później z zespołem się już raczej rozmijałem, bo zmienili swoje brzmienie, a i mój gust również trochę ewoluował to ogromny sentyment pozostał na tyle, że słysząc konkretne piosenki przed oczami stoją mi różne sytuacje z przeszłości. Zdecydowanie światowej muzyce będzie go bardzo brakować.


Cześć, jak leci?

Postanowiłem pokusić się o pewien wpis organizacyjny. Za nami pierwsze półrocze Anno Domini 2017. Od wpisu na podsumowanie ubiegłego roku pojawiło się tu 17 wpisów, co daje tam średnio 2-3 wpisy na miesiąc. Całkiem znośnie biorąc pod uwagę, że cały poprzedni rok zakończyłem tu z 24 wpisami, czyli średnia jak najbardziej się utrzymuje i całkiem nieźle rokuje na przyszłość. Mogło być tych wpisów z mojej ręki jeszcze więcej, ale pierwsza połowa tego roku była dla mnie dość ciężka z różnych względów – całkiem sporo czasu spędzałem na komputerze w związku z pracą i momentami nie miałem już ochoty męczyć wzroku ani ogólnie „się” jeszcze na wpisy, a równolegle studiowałem też przecież i robiłem inne rzeczy „ot tak” przy różnych projektach w różnych miejscach. Wiele to mówi c’nie? Obecnie w przerwie między jednym rokiem akademickim, a drugim, po pewnych już doświadczeniach zawodowych, podjąłem inne zarobkowe zajęcie, w sumie też bardzo związane z przesiadywaniem w internecie, tylko, że teraz… piszę artykuły dla pewnego portalu internetowego co bardzo mnie cieszy. Myślę, że wyjdzie to tylko na plus także tej stronie, bo będąc tak jakby w toku w miarę regularnego pisania nieco łatwiej złapać wenę do sklejenia czegoś ciekawego także na tę stronę. Z resztą zobaczymy jak to będzie. Jestem w dobrej myśli, szczególnie, że teraz mam kolegę do pomocy

Od jakiegoś czasu mogliście zauważyć, że na tej stronie piszę nie tylko ja. Pojawiły się i pewnie pojawiać będą się dalej wpisy Vandiego, którego większość pewnie zna z tzw. LU-DM Team, czyli społeczności związanej niegdyś z Liberty Unleashed, a teraz głównie z VC:MP (odnośnik po prawej tak wgl). Na ten moment zamieścił tu trzy swoje teksty, ale sadzę, że na tym nie koniec i mniej lub bardziej regularnie jego wpisy będą się tu pojawiać, co przysłuży się wszystkim wokół. W planach mam także zmianę nazwy strony, co za tym idzie domena, logo i inne takie ulegną zmianie, ale na tę chwilę są to jedynie plany, zobaczymy co z nich wyjdzie.

Jakby ktoś coś miał to zapraszam do komentowania wpisów czy tam jakiegoś kontaktu gdzieś, na sb na przykład. W planach zarówno ja jak i Vandi mamy kilka ciekawych wpisów, także strona będzie jeszcze fajnie funkcjonować. Trzymam za to kciuki!

Macie dobry kawałek przy okazji:


Valiant Hearts: The Great War – recenzja

Mam wrażenie, że współczesne strzelanki (głównie pierwszoosobowe) sprzedają bardzo mylny obraz wojny. Oczywiście powoli się to zmienia (chociażby najnowszy Battlefield 1), ale spora część z nich dalej pokazuje walkę jako zabawę dla dużych chłopców, gdzie jeździ się wielkimi czołgami i strzela co moment headshoty. Tymczasem tak nie jest. Wojna to przede wszystkim piekło zgotowane przez ludzi innym ludziom na ziemi. Taką właśnie wojnę pokazuje Valiant Hearts: The Great War.

Wydawać by się mogło, że zwykła przygotówka nie może nieść za sobą zbyt wielkiej dawki emocjonalnej, niezwykle potrzebnej by w miarę dosadnie i w odpowiedni sposób dotknąć tematyki wojny – w tym przypadku I Wojny Światowej. Konfliktu, który miał być wojną ostateczną, wojną, która zakończy wszystkie wojny. Nic bardziej mylnego. Ubisoft Montpellier pokazało, że siła tkwi w prostocie, zarówno pod względem stylistyki jak i samego przekazu.

Valiant Hearts to prosta gra, w moim przypadku na dwa dobre dni grania, składająca się z prostych zagadek logicznych i typowych zabiegów zręcznościowych. Stosunkowo sporo tu tzw. Quick Time Eventów, elementów w stylu „zdobądź element A, żeby uzyskać B, a dam ci C” ale mi osobiście to tak nie przeszkadzało. Z resztą, największy nacisk poszedł tu na warstwę poznania realiów historycznych jak i samej historii bohaterów. Pokrótce, gra opowiada historie kilku postaci, które dzieją się równolegle względem siebie, a nawet przeplatają. Mamy tu pewną rodzinę we Francji, gdzie to młody Niemiec ożenił się z Francuską, mają syna, mieszkają z teściem, no i co – wybucha wojna. Chłopak trafia do armii niemieckiej, podstarzały teść do francuskiej, tym samym stają po dwóch przeciwnych stronach konfliktu. Mamy też Amerykanina, który ze swoich osobistych powodów także postanowił wziąć udział w konflikcie oraz młodą sanitariuszkę, która będzie miała naprawdę sporo do roboty. No i pies. Sporo rzeczy będziemy robić z jego pomocą. Wszystko to odnajdujemy w stylistyce ciężkiego konfliktu, często nie tego z głównego frontu zdarzeń, a z obozu jenieckiego, okopów czy podziemi. Narracja cały czas wyjaśnia nam poszczególne zdarzenia, przypisuje je kontekstowi historycznemu, ale jest to na tyle nienachalne, że fajnie się to czyta. Są również rzeczy do znalezienia, które dodatkowo niosą za sobą pewną wiedzę historyczną. Całość przedstawiona jest w rysunkowej grafice, która swoją surowością jedynie podkreśla tragizm sytuacji. Wyobraźcie sobie ogrom ofiar rozrysowanych w ten sposób. No i muzyka. W większości są to utwory zagrane na pianinie, ogólnie wszystko z ramienia muzyki klasycznej. Pogoń w rytm tego utworu i zsynchronizowane z tym bombardowanie drogi to jedna z lepszych scen w grze. Oprócz oczywiście tych bardzo emocjonalnych, bo takich jest tu co niemiara, a sam koniec może wycisnąć niejedną łzę nawet z najbardziej zatwardziałego gracza, przy czym niesie też za sobą bardzo ważny morał. Gra dobitnie pokazuje, że na wojnie granica między tymi dobrymi, a tymi złymi bardzo się zaciera. Tym bardziej uwydatniona jest przez to bezsensowność konfliktu. Pokazuje, że wojna, to coś, czego nikt nigdy nie chciałby przeżyć.
Polecam zagrać każdemu, a jeśli nie zagrać to obejrzeć chociaż jakiś let’s play Roja np. (pod względem emocjonalnym dobrze się u niego to ogląda), bo to gra, która przynajmniej w moim mniemaniu, jest jedną z tych gier, które przynajmniej raz w życiu powinno się w taki czy inny sposób poznać. Warto.