Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Valiant Hearts: The Great War – recenzja

Mam wrażenie, że współczesne strzelanki (głównie pierwszoosobowe) sprzedają bardzo mylny obraz wojny. Oczywiście powoli się to zmienia (chociażby najnowszy Battlefield 1), ale spora część z nich dalej pokazuje walkę jako zabawę dla dużych chłopców, gdzie jeździ się wielkimi czołgami i strzela co moment headshoty. Tymczasem tak nie jest. Wojna to przede wszystkim piekło zgotowane przez ludzi innym ludziom na ziemi. Taką właśnie wojnę pokazuje Valiant Hearts: The Great War.

Wydawać by się mogło, że zwykła przygotówka nie może nieść za sobą zbyt wielkiej dawki emocjonalnej, niezwykle potrzebnej by w miarę dosadnie i w odpowiedni sposób dotknąć tematyki wojny – w tym przypadku I Wojny Światowej. Konfliktu, który miał być wojną ostateczną, wojną, która zakończy wszystkie wojny. Nic bardziej mylnego. Ubisoft Montpellier pokazało, że siła tkwi w prostocie, zarówno pod względem stylistyki jak i samego przekazu.

Valiant Hearts to prosta gra, w moim przypadku na dwa dobre dni grania, składająca się z prostych zagadek logicznych i typowych zabiegów zręcznościowych. Stosunkowo sporo tu tzw. Quick Time Eventów, elementów w stylu „zdobądź element A, żeby uzyskać B, a dam ci C” ale mi osobiście to tak nie przeszkadzało. Z resztą, największy nacisk poszedł tu na warstwę poznania realiów historycznych jak i samej historii bohaterów. Pokrótce, gra opowiada historie kilku postaci, które dzieją się równolegle względem siebie, a nawet przeplatają. Mamy tu pewną rodzinę we Francji, gdzie to młody Niemiec ożenił się z Francuską, mają syna, mieszkają z teściem, no i co – wybucha wojna. Chłopak trafia do armii niemieckiej, podstarzały teść do francuskiej, tym samym stają po dwóch przeciwnych stronach konfliktu. Mamy też Amerykanina, który ze swoich osobistych powodów także postanowił wziąć udział w konflikcie oraz młodą sanitariuszkę, która będzie miała naprawdę sporo do roboty. No i pies. Sporo rzeczy będziemy robić z jego pomocą. Wszystko to odnajdujemy w stylistyce ciężkiego konfliktu, często nie tego z głównego frontu zdarzeń, a z obozu jenieckiego, okopów czy podziemi. Narracja cały czas wyjaśnia nam poszczególne zdarzenia, przypisuje je kontekstowi historycznemu, ale jest to na tyle nienachalne, że fajnie się to czyta. Są również rzeczy do znalezienia, które dodatkowo niosą za sobą pewną wiedzę historyczną. Całość przedstawiona jest w rysunkowej grafice, która swoją surowością jedynie podkreśla tragizm sytuacji. Wyobraźcie sobie ogrom ofiar rozrysowanych w ten sposób. No i muzyka. W większości są to utwory zagrane na pianinie, ogólnie wszystko z ramienia muzyki klasycznej. Pogoń w rytm tego utworu i zsynchronizowane z tym bombardowanie drogi to jedna z lepszych scen w grze. Oprócz oczywiście tych bardzo emocjonalnych, bo takich jest tu co niemiara, a sam koniec może wycisnąć niejedną łzę nawet z najbardziej zatwardziałego gracza, przy czym niesie też za sobą bardzo ważny morał. Gra dobitnie pokazuje, że na wojnie granica między tymi dobrymi, a tymi złymi bardzo się zaciera. Tym bardziej uwydatniona jest przez to bezsensowność konfliktu. Pokazuje, że wojna, to coś, czego nikt nigdy nie chciałby przeżyć.
Polecam zagrać każdemu, a jeśli nie zagrać to obejrzeć chociaż jakiś let’s play Roja np. (pod względem emocjonalnym dobrze się u niego to ogląda), bo to gra, która przynajmniej w moim mniemaniu, jest jedną z tych gier, które przynajmniej raz w życiu powinno się w taki czy inny sposób poznać. Warto.


Ukryty tytan – Deus Ex

O wielu grach mówi się jako o grach przełomowych, lub a jako wielkich klasykach, które każdy szanujący się gracz, powinien co najmniej znać. Weźmy na przykład takiego Half-Life’a, Grand Theft Auto III, czy Heroes of Might and Magic III. Jednak jest jeden tytuł, który ładnych parę lat temu, zbierał najznakomitsze recenzje, a dziś mało kto o nim pamięta, bądź też słyszał. Mowa o Deus Ex, studia Eidos International, która jest trochę strzelanką, trochę „erpegiem”, ale jakbym miał ją wpisać w jeden gatunek, to byłby po prostu cyberpunk.

O co chodzi w Deus Exie? Jest rok 2052 i wcielamy się w rolę 23-letniego, już byłego policjanta, JC’ego Dentona. Denton, tak jak jego brat Paul, zgodził się na zainstalowanie w swoim ciele nanowszczepów poprawiających jego umiejętności rozprawiania się z danymi problemami. Jest on członkiem fikcyjnej gałęzi ONZ-u – UNATCO, wykonując różne zadania z polecenia swojego szefa. Świat znajduje się w trakcie epidemii wirusa Gray Death, a same UNATCO ma za zadanie walczyć z organizacją terrorystyczną NSF, podejrzewaną o wysadzenie głowy Statule Wolności. Fabuła przypadnie do gustu miłośnikom rządowych teorii spiskowych, bo opowiada ona między innymi, o tym jak naprawdę (oczywiście to tylko domysł) działają rząd. Można powiedzieć, że niektóre fakty, są zgodne z rzeczywistością, a niektóre – mocno naciągane.

A teraz o najważniejszym, czyli rozgrywce. Jest to chyba najmocniejszy aspekt tytułu, choć odrobinę wadliwy. Nasz bohater posiada inwentarz, w którym może pomieścić skończoną liczbę przedmiotów, a oczywiście niektóre zajmują więcej niż jedno miejsce, a żeby się zmieściły, czasem trzeba dla nich zrobić miejsce odpowiednio je układając. Zadania, gracz może wykonywać jak mu się podoba – może zniszczyć wszystko na swojej drodze, może też wkraść się do celu, paru osobom odpierając jedynie przytomność. Niemal każde zadanie, można wykonać na więcej niż jeden sposób, a w wiele lokalizacji można się dostać, różnymi ścieżkami. Gracz dostaje też zadania poboczne, które może pominąć, a wykonanie ich, może przynieść nam dodatkowe informacje, ułatwienie zadania głównego, pieniądze, obniżenie cen u jakiegoś handlarza, lub jakąś skromną nagrodę. Wspomniani sprzedawcy, to różne osoby, spotykane w świecie gry, które mogą nam zaoferować skończoną ilość jakichś przedmiotów, ulepszeń, broń, apteczki, amunicję, lub różne akcesoria. Trzeba też nadmienić, że nawet na łatwym poziomie trudności, trzeba czasami nieźle ruszyć głową. Strzelanie i skradanie łatwe nie jest, mimo czasami wręcz komicznej inteligencji przeciwników.

Dlaczego produkt ION Storm jest tak satysfakcjonujący pod kątem fabuły? Gdyż zmienia się ona w zależności od tego co poczynimy, z kim porozmawiamy, czy wykonamy jakieś zadanie, czy też w jaki sposób je wykonamy. Dla przykładu, za graczem do końca gry ciążą konsekwencje wejścia do damskiej toalety w siedzibie UNATCO (serio). Na początku też mamy za zadanie, na tej samej mapie: odnaleźć beczkę pewnej substancji w kryjówce NSF i uwolnić zakładników ze stacji metra. Ale kto powiedział, że musimy koniecznie to robić, możemy totalnie to zignorować, wsiąść w pociąg i uciec od tego wszystkiego, tylko musimy się liczyć, że nie dostaniemy wypłaty. Nie ma w świecie gry czegoś takiego, że o wszystkim dowiemy się jak będzie czas, w odpowiednim momencie, bo jeżeli gracz dobrze poszpera to dojdzie do sedna wszystkie sam, na przykład dla kogo pracuje dana osoba, lub co zrobiła, włamując się do sekretnych pomieszczeń, czytając czyjeś e-maile, po prostu może wymagać to więcej wysiłku. Widać po prostu, że ten świat żyje, jak się zmienia, odnosi się wrażenie, że za wszystkim stoi siła, z którą nie można wygrać.

Komu poleciłbym tę produkcję? Każdemu kto o niej słyszał, szuka gry, z którą mógłby spędzić dziesiątki godzin, jakiegoś tytułu na słabego peceta, gry ze światem głębokim, zmieniającym się w zależności od tego, co zrobi gracz, no i też fanom teorii spiskowych. Ja później dorzucę Wam jeszcze kilka screenów z gry i kończę tego newsa, z nadzieją, że zachęci kogoś do sięgnięcia po „Deusa”.

Ciao!


Muzyka 8bit jest git.

Nie lubię pytania „jakiej muzyki słuchasz?”. Nie wiem, może to źle zabrzmi, ale myślę, że mam na tyle uniwersalne zainteresowania w tym temacie, że nie ograniczam się raczej do jednego gatunku – mam jakieś tam swoje listy „top” i pewnie jakiś nurt w nich dominuje, ale nie zagłębiam się nad tym raczej, a jeśli już postaram się odpowiedzieć, to mam wrażenie, że zadający mi to pytanie nawet nie zrozumie o co mi do końca chodzi. Ogólnie podobna sprawa ma się z grami, książami czy filmami. Nie słucha/gra/czyta się przecież gatunków, a konkretne dzieła i różne świetne rzeczy można odnaleźć w różnych odłamach danego tworu. Z resztą chyba nie ma takiej osoby, która aż tak by zawęziła swój odbiór, że powiedzmy ogląda tylko horrory i nic więcej – no prawie niemożliwe. Wracając, tak w baaardzo dużym uproszczeniu, głównie gustuję w szeroko rozumianej muzyce lat ’80-’90 oraz w tzw. chip music (w sumie to też muzyka z tego okresu) i to na ten temat chciałbym napisać kilka słów.

Chiptune, bo w sumie z takim określeniem spotkać można się nawet częściej, to gatunek muzyki elektronicznej bazujący na dźwiękach z chipów komputerowych. Głównie kojarzony jest ze ścieżkami dźwiękowymi starych gier i konsol, czyli powiedzmy z muzyką z naszego rodzimego Pegasusa. Może zauważyliście lub nie, ale zwracam bardzo dużą uwagę na muzykę w grach, a tamte konsole w połączeniu z wiadomą nostalgią potrafiły robić prawdziwe cuda w tym klimacie.

Jeśli szczególnie miałbym polecić jakiś projekt to zdecydowanie jest to Milos and Chip Jockey działający od 2009 roku, zajmujący się właśnie takimi brzmieniami. Moim zdaniem jest jedna z najlepszych grup tego typu, przy okazji są to nasi rodacy! Chłopaki zrobili niedawno m.in. świetny motyw przewodni dla Dark Archona i serwisu gramburger.pl, czy też współpracowali wcześniej z contrabanda.eu w kwestii muzyki, więc nie byle kto i co. Fajna muzyka, fajne serwisy – Polecam!


O języku naszym. Tak trochę.

Jakiś czas temu robiłem porządek z moimi rozprawkami ze szkoły i m.in. trafiłem na temat o języku. Pomyślałem, że to całkiem dobry pretekst by napisać coś na stronę na ten temat. Było to już w sumie kilka miesięcy temu i szkic, zarys tematu jak zalegał tak zalega.. i pewnie byłoby tak nadal gdyby nie pewien filmik, który idealnie trafił w moje zdanie. Ale od początku.

Wszyscy wiemy, że język angielski zadomowił się na dobre w naszych wypowiedziach, a zwroty pokroju „Ok, no problem” czy „sorry” w większości już zbytnio ludzi nie dziwią, nie rażą. Stał się na tyle powszechny. że niektórzy stawiają go na równi z ojczystym, a momentami nawet i wyżej. W kręgach ludzi ubiegających się o pracę panuje ogólnie taka anegdota pół żartem, pół serio: pracodawca na rozmowie kwalifikacyjnej pyta interesanta jakie zna języki obce. Kiedy otrzymuje odpowiedź, że angielski odpowiada: „ale ja pytałem o obce.”

Albo inna kwestia. Ktoś gdzieś, w kręgu for fanów kina czy nie wiem, gier, wśród swoich wypowiedzi rzuci obcobrzmiące dla niektórych słowo „trailer”, no i co, i już zaraz na bank znajdzie się przynajmniej jeden poruszony, ktoś zaraz powie: No ale ja przepraszam bardzo, dlaczego na siłę używamy angielskich słów, skoro w naszym pięknym, polskim języku mamy taki piękny, POLSKI wyraz „zwiastun”? Przecież to jest istna obraza!

..Serio?

Pierwsze primo – jeśli ktoś użyje w swoim sforsowaniu „obcego słowa”, w tym przypadku niech jest ten „trailer”, to zwykle nie jest to spowodowane chęcią jakiegoś zabłyśnięcia czy nie wiem, jakimś szpanem, wielką komercjalizacją, spaczeniem umysłu blabla czy czymkolwiek. Ktoś tak napisał/powiedział… bo po prostu tak, bez większej ideologii. Takie słowo komuś akurat przyszło na myśl i pasowało mu do kontekstu wypowiedzi. Strasznie słabe jest takie przyczepianie się do kogoś o użycie danego słowa. Coraz częściej skupiamy się na formie, gdzie traci na tym treść, ale to już na marginesie i nie, nie namawiam tu do niechlujstwa językowego, bo nie. Najzwyczajniej nie bądźmy tak ortodoksyjni w niektórych kwestiach. Język jest czymś żywym i nieustannie się zmienia. Jeszcze niespełna 100 lat temu mówiono zupełnie inaczej, ba, nasi rodzicie mówili inaczej niż my i może kogoś zadziwię, ale JEST TO NORMALNE.

na świecie istnieje wiele języków i mimo różnych ewolucji zachowały one swoją „charakterystyczność” i nikt nie mówi o ich wyginięciu, mimo, że też uległy niesamowitej zmianie, tylko po prostu nas to tak nie boli.

Nasza naczelna internetowa encyklopedia mówi nam o wielu zapożyczeniach w naszym języku, które na pierwszy rzut oka wydawałyby się typowo polskimi słowami:

atłas (tur.), atrament (łac.), biennale (wł.), baca (węg.), bestseller (ang.), bryndza (rum.), brydż (ang), butik (fr.), czerep (białor.), czyhać (czes.), dumping (ang.), embargo (hiszp.), hultaj (ukr.), juhas (węg.), kalafior (wł.), kołchoz (ros.), kolumna (łac.), kombi (niem.), komputer (ang.), loggia (wł.), serial (ang.), torba (tur.), watra (rum.), wagon (ang.), werbunek (niem.), wiedźma (ukr.), zsyłka (ros.), żakard (fr.), żulik (ros.) itd.

Wgl uwaga, w niektórych językach istnieją także słowa pochodzenia polskiego. (klik!, klik!).

Oczywiście nie możemy przegiąć także w drugą stronę. Wiadomo złoty środek i tak dalej, nie chodźmy na running, a na spacer czy zamiast breakfastu zjedzmy, normalne, nasze śniadanie. Najzwyczajniej starajmy się nie popadać ze skrajności w skrajność, bo (w sumie jest to trochę myśl przewodnia) każda skrajność jest zła, obojętnie czego by nie dotyczyła, a o nasz język ojczysty nie macie co się aż tak bać. Nikt mu zginąć nie da, bo i jest to najzwyczajniej niemożliwe.

Aaaa i ten filmik obejrzyjcie koniecznie. Polecam.


Wizualizacja mocno

Krótkie przemyślenie raczej.

Jakiś czas temu w internecie głośnym tematem była tzw. wizualizacja marzeń. Trochę a propos, a trochę tak o, przypomniała mi się pewna historia, której niedawno byłem świadkiem. Autentyk, serio.

Lokalna galeria, niedziela czy inny wolniejszy dzień, siedzę sobie gdzieś czy tam miotam się miedzy kolejnymi sklepami czyhającymi na klienta, widzę taką scenkę. Dziecko znudzone zakupami siada sobie do takiego autka, co tam trzeba wrzucić dwa złote i dzieją się rożne rzeczy wtedy, gra, świeci i tak dalej. No i co, prosi mamę czy tam tatę żeby mu te 2 złote dali, bo bez tego to nie działa. Na to rodzic odpowiada: to wyobraź sobie, że działa.

:|


Srebrna Dominacja – Podsumowanie Grand Prix Chin

„Monotematyczny ten Vandi, tylko o tej Formule pisze”

Na dniach postaram się napisać inną notkę, żeby nie było że tylko o jednym. Ale do rzeczy bo jest o czym mówić:

Po krótce o kwalifikacjach

Swoje szóste Pole Position z rzędu zdobył Lewis Hamilton, a obok niego, miejsce w pierwszym rzędzie wywalczył sobie Sebastian Vettel. A za nimi kolejno Bottas, Raikkonen, Ricciardo jak i Massa. Zaskoczenia? Max Verstappen i Romain Grosjean nie przeszli nawet do drugiego etapu, lecz to przez wypadek Antonio Giovinazziego na prostej startowej, nie mogli oni po wcześniejszych problemach z bolidami wykręcić wystarczającego czasu, tak jak i Jolyon Palmer. Los chciał, że sam Włoch znalazł się w Q2, lecz rzecz jasna – nie wystartował w niej.

A co z wyścigiem?

Były obawy, że w niedzielę nad torem w Szanghaju przejdą opady deszczu, lecz nic takiego się nie stało, choć mimo to trasa wciąż była wilgotna po piątkowej ulewie, która uniemożliwiła odbycie się treningów. Można by też pomyśleć, że większość wyprzedzeń miałaby miejsce z użyciem DRS na prostej startowej, lub na południowej (długiej na 1,2 km – najdłuższej na obecnych torach F1), jednak najwięcej działo się na krętym sektorze pierwszym. Nie było wody stojącej, lecz cała stawka zdecydowała wystartować na przejściowych oponach. Poza jedynym wyjątkiem – Carlosem Sainzem.

Światła gasną, ruszamy. Z przodu dzieje się niewiele, tylko Ricciardo przesunął się przed Kimiego Raikkonena, do czołówki wkradło się Renault Nico Hulkenberga. Sainz słono zapłacił za założenie opon super miękkich, gdyż kompletnie nierozgrzane sprawiły, że jego Toro Rosso cofnęło się na tył stawki. Już na pierwszym okrążeniu z trasy wypadł (cóż za niespodzianka) Lance Stroll, który zajechał drogę Sergio Perezowi i kolizja sprawiła, że młody Kanadyjczyk zakończył wyścig. No i mieliśmy żółtą flagę na całym torze, czyli neutralizację, zwaną dziś wirtualnym samochodem bezpieczeństwa. Większość stawki, w tym Vettel jako jedyny z czołowki, ruszyła do pit stopu, aby wrócić na suche opony, przez co Sainz wrócił do pierwszej dziesiątki, gdzie nie było śladu po Hulkenbergu. Wspominałem coś o tym, że Verstappen startował z tylnych linii? Dzięki swojemu talentowi po pierwszym okrążeniu był już siódmy, dodatkowo pomóga mu neutralizacja. A wspominałem coś o żółtej fladze? A coś o kraksie Giovinazziego na prostej startowej? Krótko po restarcie wyścigu (Verstappen zdążył wspiąć się na miejsce piąte) Wspomniany Włoch znów rozbił się na prostej startowej i po tym jak wirtualny samochód bezpieczeństwa „zjechał” do boksu. Na trasę wyruszył ten prawdziwy, a wszyscy kierowcy musieli przejechać przez pit lane, co było perfekcyjnym momentem na wymianę opon przez czołówkę. Tak więc Hamilton, Bottas, Ricciardo, Raikkonen i Verstappen skorzystali z okazji i pzoostali przed szóstym Vettelem. Samochód bezpieczeństwa nie pomógł wiceliderującemu Bottasowi, który stracił kontrolę nad swoim Mercedesem i spadł na miejsce dwunaste. Z dwóch żółtych flag nic nie robił sobie Nico Hulkenberg, który został ukarany dodatkowymi piętnastoma sekundami, więc jego wyprzedzanie na nic się zdało. Resztki Saubera #39 uprzątnięte z trasy, samochód bezpieczeństwa zjeżdża do boksu i zaczynamy prawdziwe ściganie! Dla przypomnienia, po siedmiu kółkach: 1. Hamilton 2. Ricciardo 3. Raikkonen 4. Verstappen 5. Vettel 6. Alosno 7. Sainz 8. Kwiat 9. Massa 10. Perez.

Walka dwóch Red Bulli.

Od razu po rozpoczęciu Sergio Perez pokazał niesamowity kunszt wyprzedzając dobrze broniącego się Felipe Massę i z łatwością omijając Daniego Kwiata. Mniej więcej w tym samym czasie Max Verstappen po zewnętrznej wyprzedza Kimiego Raikkonena i wskakuje na podium, startując z miejsca szesnastego. Trzy okrążenia później był już drugi, przed kolegą z ekipy Red Bulla – Danielem Ricciardo. Po JEDENASTU okrążeniach. W wieku DZIEWIĘTNASTU lat. Potwór. Powoli w hierarchii piął się Valtteri Bottas, dość szybko wskakując na miejsce ósme, ale też Kevin Magnussen, który skorzystał ze słabej strategii ekipy Williamsa, oraz z tego, że z wyścigu wypadł Dani Kwiat. Carlos Sainz wyprzedził swojego idola i rodaka Fernando Alonso, którego kolega z McLarena Stoffel Vandoorne zjechał do garażu z powodu problemów z układem paliwowym. Do gry wrócił Seb Vettel, wyprzedzając kolegę z zespołu Kimiego Raikkonena i po kilku minutach – Ricciardo. Niedługo po tym zgasł McLaren (nic nowego) Fernando Alonso i do pierwszej dziesiątki wskoczył Esteban Ocon. Okrążenia 26-36 to czas, w którym wszyscy zjechali do boksów, lecz nie zmieniło to zbytnio układu czołówki. Bardziej zmienił go błąd techniczny Verstappena, który kosztował Holendra drugą lokatę na koszt Vettela. Dość blisko czołówki, niespodziewanie trzymało się Toro Rosso Carlosa Sainza. Lewis Hamilton nie oddał prowadzenia w wyścigu nawet na chwilę.

Tak. McLareny są teraz pomarańczowe.

Hamilton dalej prowadził, daleko przed Vettelem, który był daleko przed dwoma Red Bullami Verstappena i Ricciardo. Dalej nie działo się zbyt wiele, Bottas dogonił i wyprzedził w końcu Sainza, a Kevin Magnussen zostawił w tyle obie Force Indie, najpierw Estebana Ocona, a potem Sergio Pereza, awansując na ósmą pozycję. Ostatnie pięć okrążeń? Emocjonujący pojedynek między Verstappenem a Ricciardo o trzecie miejsce i musieliśmy słuchać jak młody chłopak wulgarnie instruuje ekipę z Red Bulla, aby wydać polecenie pokazania niebieskiej flagi Romainowi Grosjeanowi, co się oczywiście nie stało. Wyścig wygrał Lewis Hamilton, a drugi był Sebastian Vettel – oj, ciekawa nam się zapowiada walka o tytuł Mistrza Świata między tymi dwoma. Verstappen utrzymał miejsce na podium, za nim Ricciardo i Raikkonen, który nasuwa mi pytanie, czy nie jest on już za stary, aby reprezentować taki team jak Ferrari? Pozostały układ Top 10: 6. Bottas 7. Sainz 8. Magnussen 9. Perez 10. Ocon. W „generalce” za Hamiltonem i Vettel, trzeci jest Max Verstappen, a za nim Bottas i Raikkonen. W klasyfikacji konstruktorów, prowadzi Mercedes, o punkt przed Ferrari, podium zamyka Red Bull, za nimi Toro Rosso i Force India.

Rywale w walce o MŚ

To by było na tyle – widzimy się za tydzień w podsumowaniu wyścigu numer 3 – czyli Grand Prix Bahrajnu na torze Sakhir, w wielkanocnej atmosferze. Zostawiam Was ze skrótem wyścigu, a w gratisie dorzucam ten z Grand Prix Australii, bo go najzwyczajniej w świecie – zapomniałem. Peace out!

GP Chin 2017

GP Australii 2017


Festiwal dawnych komputerów i gier

Parę dni temu, dość niedaleko mnie, miało miejsce całkiem ciekawe wydarzenie. Odbywał się tzw. Festiwal dawnych komputerów i gier organizowany przez lokalne muzeum, na którym szcześliwym trafem dane było mi być.

Udając się na te przedsięwzięcie, nie miałem wysokich oczewiań. Myślałem, że wbije na chwilę i zaraz wyjdę – tymczasem spędziłem tam myślę dobre ponad godzinę. Myślałem też, że wystawa będzie praktycznie pusta, lecz trafiłem akurat, że jakaś szkoła też tam sobie zwiedzała, więc było mi stosunkowo łatwo w jakimś stopniu wtopić się w tłum.

Wchodzę, mijam recepcję czy coś w tym stylu, dzień dobry, dzień dobry i udaję się od razu na miejsce. Tam wita mnie około 20 stanowisk, każde z inną konsolą i załączonym tytułem gotowym do zagrania. Runda wokół całości, żeby przyjrzeć się mniej więcej z czym mam doczynienia, no i co, może warto gdzieś przysiąść co nie? Pierwsze kroki były oczwyste – gdzie jest NES?

Przy stanowisku siedzieli już jacyś chłopcy, nie mam wyczucia ile lat, w każdym razie sporo młodsi. Stoję, przyglądam się jak im idzie. Na ekranie kultowe Super Mario Bros. Jakoś tam grają, przy wpadce przy końcówce drugiego poziomu odpuścili, odeszli to mówię przysiądę, pokażę co umiem, a warto wspomnieć, że Mario trochę liznąłem. Tu niby nie wypada się tak znów chwalić, ale w każdym razie zrobiłem chyba jakieś wrażenie, bo zaraz podbił kręcący się wokół typ od mediów i zaczął nagrywać obraz ekranu co robię, o twarzach wcześniejszych, młodszych użytkowników jak wyglądały nie wspomnę Z jakimś typem z radia gadałem nawet sobie. W ogóle gość, ten co to wszystko organizował, miał i inne oryginalne kartdridże do NESA, ale nie byly odpalane. Pytałem o Contrę, ale nie miał. Trudno, szkoda.

Następny na tablicę poszedł Prince of persia wyglądający jak to, cieżko stwierdzić na czym, coś jak stary Mac. Wersja z wyglądu niby jak ta Pegasusowa to mówię będzie bez problemu. Aha, jasne. Ok, poszło. Gra jak gra, chociaż sama przyjemność już nieco toporna. Strasznie wolno to wszystko chodziło, ale w sumie nie o to tu chodziło, a o obcowanie z samym sprzętem, poznanie jak to działa.

Chwila przerwy. Zerkam w prawo, jakiś stary PC, na oko przełom wieku, gość gra w pierwsze GTA, jeszcze dalej jakieś wyścigi. Ja idę dalej. Siadam do Atari 65XE.

Nie wiem nawet w co grałem jak mam być szczery. Wyglądało to jak taki tunel, w którym płyniemy(?) z niezwykle dużą prędkością i omijamy przeszkody za pomocą takiej specialnej gałki. Swoją drogą Atari 2600 też było, robiło lepsze wrażenie, ale nie zasiadałem jakoś do tego. Podobnie jak do jakiejś konsoli/kontroler dedykowanego specialnie do jakiejś konkretnej gry. Wyglądał jak kompas piracki i sama rozgrywka też tam się przy tym opierała. Nie wiem co to. Przysiadłem też trochę np. do Segi i Sonica, ale ja tam jakimś wielkim fanem niebieskiego jeża nie jestem. Była też m.in. Amiga 500, Nintendo 64 z Mario Kart, PONG, Commodore 64 czy też coś pierwowzór dzisiejszych kontrolerów wykorzystujących ruch oraz inne ciekawe, podobne sprzęty.

W sumie całe przedsięwziecie to naprawdę fajna sprawa. Dobra okazja dla przypomnienia sobie gier przez starszych jak i poznania niektórych konsol przez młodszych. To również calkiem ciekawa część historii. Osobiście polecam zarówno wszelkie takie wystawy, jak i bardziej w temacie, by mieć swoją ulubioną retrokonsolę na własność, by móc zagrać w tytuł z dzieciństwa nie tylko od „święta” podczas spotkań jak te, ale w dowolnym momencie, kiedy przyjdzie na to ochota.


Formuła 1 wraca w wielkim stylu – podsumowanie GP Australii.

Tradycją już jest, że gdzieś pod koniec marca na Antypodach, w Melbourne zaczyna się nowy sezon Formuły 1. I jeśli mają to być takie wyścigi jak ten – niech ta tradycja trwa w najlepsze. Jak co sezon, na starcie widzimy kilka nowych twarzy jak młody mistrz świata GP3 Lance Stroll, który zastępuje w Williamsie Valtteriego Bottasa. Bottasa, w którym Mercedes znalazł godnego następcę Nico Rosberga. Z F1 skończył także po 17-tu sezonach Jenson Button, którego miejsce w stajni McLarena zajął kierowca rezerwowy z poprzedniego sezonu – Stoffel Vandoorne z Belgii. Na starcie w Sauberze zobaczyliśmy też Włocha Antonio Giovinazziego. On zaś zastępuje tylko na ten wyścig kontuzjowanego Wehrleina, który do szwajcarskiej ekipy trafił z rozwiązanego Manor. Skoro o transferach mowa, to po krótce: wspomniany Wehrlein zastąpił Felipe Nasra, który pożegnał się z F1. Inny były kierowca wymienionej wcześniej Manora – Francuz Esteban Ocon trafił do Force India zastępują Nico Hulkenberga, który w Renault zastąpił Kevina Magnussena, który w Haasie zastąpił Estebana Gutierreza, który zmienia dyscyplinę na Formułę E.

Ale dosyć już transferów, czas na sam wyścig. Pogoda dopisywała, na niebie nie było żadnej chmurki. no i kibice mogą zobaczyć w akcji swojego rodaka. No nie do końca, gdyż Red Bull Daniela Ricciardo doznał awarii silnika, przez co nie widzieliśmy go wyścigu. Po tym jak w trzeciej serii kwalifikacji wypadł z trasy zanim wykręcił jakikolwiek czas. Pole Position przypadło Lewisowi Hamiltonowi w Mercedesie, a w pierwszej linii dołączyło do niego Ferrari Sebastian Vettela. Za nimi dwóch Finów – Valtteri Bottas w Mercedesie i Kimi Raikkonen w Ferrari.

No i światła gasną i zaczynamy pierwsze z dwudziestu Grand Prix tego sezonu! Na starcie dość spokojnie, kolejność z czołu stawki taka sama jak w kwalifikacjach, pierwszą piątkę zamykał Red Bull Verstappena. Praktycznie nie mieliśmy kontaktów, poza jednym na zakręcie trzecim, gdzie Kevin Magnussen stracił kontrolę nad swoim Haasem i uderzył w Saubera Marcusa Ericssona. Duńczyk i Szwed nie kontynuowali wyścigu. Pierwsza kolizja sezonu, pierwsza żółta flaga sezonu. Gdy liderujący Hamilton był już na trzecim kółku z garażu Red Bulla wyjechał Daniel Ricciardo z poleceniem: „Pobaw się trochę” od Christiana Hornera. Ton wyścigowi nadawali Hamilton i Vettel, Bottas trzymał się blisko pierwszej dwójki, Raikkonen trochę oddalił się od miejsc premiowanych podium, ale był bezpiecznie daleko od Maxa Verstappena. Po jakichś sześciu, siedmiu okrążeniach Hamilton odjechał na tyle, że Vettel nie był już w jego strefie DRS i Hamilton sukcesywnie powiększał swoją przewagę nad Niemcem. W tym samym czasie, z wyścigu wypadł drugi bolid Haasa. Jadący na siódmym miejscu Romain Grosjean musiał zjechać do garażu, gdyż z jego silnika zaczął unosić się dym. Okrążenie później kolejny raz, Renault Jolyona Palmera doznało awarii układu hamulcowego. Na okrążeniu osiemnastym Lewis Hamilton jako pierwszy z czołówki, po sygnalizowaniu problemów z przyczepnością. Nie był to jednak najlepszy moment, gdyż bolid z numerem 44 wyjechał tuż za plecami Maxa Verstapppena, którego czasy okrążeń były w przybliżeniu o sekundę gorsze od tych wykręcanych przez Vettela. Lepszym podejściem taktycznym niż Mercedes wykazał się Maurizio Arrivabene z Ferrari. Vettel zjechał na wymianę opon po kilku okrążeniach, na których to poprawił najlepsze okrążenie Lewisa Hamiltona. Podczas gdy Hamilton narzekał w radiu, że nie da rady ominąć Verstappena, Vettel coraz bardziej uciekał reszcie stawki. W końcu gdy znalazł się na plecach dublowanego Lance’a Strolla zdecydował się zjechał na pit stop, wyjeżdżając przed Verstappenem i Hamiltonem, a przed nimi byli tylko Finowie (Bottas i Raikkonen), którzy jeszcze nie zjechali do pit stopu, podobnie jak Verstappen.

Toto Wolff z Mercedesa dość szybko kazał zjechać Bottasowi do pit stopu, tak jakby chciał, żeby Hamilton był przed nim, nie dając Finowi szansy na wykazanie się w debiucie w Mercedesie. Po chwili zjechał prowadzący Raikkonen, dosłownie w momencie, w którym Vettel się do niego zbliżył i wkrótce także Max Verstappen. Przewaga Niemca nad Hamiltonem wynosiła już około trzech sekund, lecz w tym momencie wyścig się skończył. Odnieść można było wrażenie, że Hamilton się poddał, jechał znacznie wolniej niż na początku, gdzie przecież też miał przed sobą dużo miejsca, a Vettel odjeżdżał mu coraz bardziej. Bottas nie kwapił się zbliżyć do kolegi z zespołu, prawdopodobnie myśląc, że Lewis jeszcze walczy z Vettel. Czy Toto Wolff naprawdę nie zauważył, że Hamilton odpuścił sobie i nie dał szansy Bottasowi? Nie chce mi się w to wierzyć, gdyż ostatnio to Ferrari było znane ze słabych decyzji taktycznych. Z tyłu stawki zgasł samochód „gospodarza” Daniela Ricciardo, a z trasy wypadł ewidentnie zjedzony przez presję Lance Stroll. Z przodu utrzymała się kolejność: 1. Vettel 2. Hamilton 3. Bottas 4. Raikkonen 5. Verstappen 6. Massa. Siódmy Danił Kwiat zmuszony był zjechać na drugi pit stop na okrążeniu 49. przez co znalazł się za Sergio Perezem i za swoim kolegą z Toro Rosso, Carlosem Sainzem. Na okrążeniu 54 obejrzeliśmy ciekawą walkę o ostatnie punktowane miejsce 10-te między trzema różnym silnikami. Dziesiąte miejsce zajmował McLaren z fatalnym silnikiem Hondy z Fernando Alonso w kokpicie, za nimi Esteban Ocon w Force Indii z silnikiem Ferrari i Nico Hulkenberg w Renault. W końcu na prostej startowej Ocon wyszedł przed Alonso, tak samo jak Hulkenberga, który za jednym razem próbował wyprzedzić również Francuza. Alonso powalczył przez chwilę z Hulkenbergiem, lecz zjechał do garażu przez problemy z zawieszeniem. Wyścig wygrało Ferrari Sebastiana Vettela – ta sama ekipa, któa nie wygrała wyścigu w 2016. Podium uzupełniły Mercedesy Lewisa Hamiltona i Valtteriego Bottasa. Czwarte miejsce zajął Raikkonen, który nie miał najlepszego wyścigu. Na pozostałych miejscach punktowanych odpowiednio: Verstappen, Massa, Perez, Sainz, Kwiat, Ocon. Nieprawdopodbne okazało się to, że oba McLareny niemal ukończył wyścig (Vandoorne dojechał ostatni), a Alonso skończył wyścig cztery kółka przed metą. Następny wyścig na torze w Szanghaju w Chinach odbędzie się 9 kwietnia.

Kończąc ten pierwszy news na stronie nienapisany przez Piterusa, peace out!

Vandi


Run, Mario, Run!

Ostatnimi czasy trochę wypadłem z rynku gier mobilnych. Na moim telefonie nie gości na stałe żadna produkcja i nawet nie z powodu, że odpuściłem granie tego typu, co najzwyczajniej z braku interesujących mnie tytułów. Dziś jednak, w chwili między jednym zadaniem życiowym, a drugim (hue), gdy wbiłem przy okazji aktualizacji programów na Google Playsklep przypomniał mi, że dziś swój debiut na Androida przeżywa najsłynniejszy hydraulik gier wideo. Super Mario Run, witamy na pokładzie!

Początkowo gra była zaplanowana jedynie na urządzenia z iOS, jednak z góry wiadome było, że Android jest tylko kwestią czasu. Kilka miesięcy po premierze na iPhonach, gra zawitała także na oprogramowaniu od Google. Szczerze, nie spodziewałem się tam wielkich fajerwerków, ale Mario to Mario i sprawdzić przecież trzeba.

Gra wita nas dość szybkim przejściem do rozgrywki, która jest bardzo uproszczona względem tego co znamy z innych konsol – ogranicza się jedynie do klikania w odpowiednich momentach w ekran. Zasadniczo jest to typowy runner jakich wiele na markecie od kilku lat, jednak zauważalnie lepiej zrobiony, z bardziej profesjonalną otoczką. Warstwa audiowizualna stoi na naprawdę przyzwoitym poziomie, a same poziomy są zaprojektowane w taki sposób, że widać, że ktoś musiał nad nimi nieco posiedzieć. Widać wiele nawiązań do części znanych z innych konsol co powoduje, że poszczególne elementy na ekranie mogą spowodować uśmiech na twarzy, z resztą ogólnie fabuła opiera się na tym samym co wszystkie inne części. Trochę pobawić się można, nie można tego odmówić. Trochę, dobre słowo.

Szybciej niż myślimy, zaczynają pojawiać się problemy niczym ciemna chmura rozciągająca się nad całym rynkiem współczesnych gier mobilnych. Darmowa gra to tak naprawdę.. demo pełnoprawnego tytułu, do którego dostęp kosztuje nasze portfele 45 złotych, co jest dość wygórowaną kwotą jak na grę tego typu. Do dyspozycji w darmowej części mamy jedynie pierwszy świat, co daje nam 4 poziomy, z czego aby dostać się do ostatniego musimy „wymaksować” 3 poprzednie tj. zebrać odpowiednią ilość specjalnych monet danego koloru. Oprócz głównej linii fabularnej mamy też swojego rodzaju wyzwanie, czyli przechodzenie poziomu z „duchem”, którego musimy pokonać pod względem ilości zdobytych punktów. Mamy też tryb pokroju Magic Land z Facebookagdzie to za punkty (lub pewnie $$$) budujemy swoje małe królestwo, czego, przynajmniej ja, nie szukam w grze tego typu, z resztą nad obydwoma dodatkowymi trybami przeszedłem praktycznie bez zainteresowania. Trochę nie pasuje mi też, że do poprawnego działania gry musimy mieć cały czas dostęp do internetu, bo jednak nie zawsze ten dostęp jest. Niby walka z piractwem, ale bez przesady.

Podsumowując, darmową część gry myślę że warto sobie przejść, traktując ją trochę jako ciekawostkę i jakiś tam powrót do początków serii + to, że jest dość dobrą grą pod względem rozgrywki, ale wydawać ponad 40 złotych na pełną wersję to już przedsięwzięcie nieco ryzykowne, na które nie wszyscy się zdecydują. Osobiście dla mnie Mario to i tak głównie NES – zdecydowanie to tam ta legenda gier video rozwinęła swoje skrzydła najmocniej i jakikolwiek atak na inne platformy tego już w moim mniemaniu najzwyczajniej nie przebije.


Lecimy w kosmos!

I to wcale nie będzie łatwa podróż.

2001: Odyseja kosmiczna Stanleya Kubricka, bo tym się dziś zajmiemy, jest dziełem trudnym do omówienia. Wokół tego filmu, na przełomie niespełna pół wieku, urósł już niemały kult, a sam film daje widzom wręcz nieograniczone pole manewru do interpretacji mnogością elementów. Tak, film z 1968 roku wyprzedził swoją epokę i oglądając go wcale nie mamy wrażenia oglądania czegoś co się jakoś mocno zestarzało. Od filmu wieje charakterystyczny Kubrickowski uniwersalizm, nie tyle pomysłu czy konwencji, ale samego świetnego technicznie wykonania. Niech o pewnym poziomie świadczy fakt, że istnieją miejskie legendy, że to on „stworzył” pierwsze lądowanie człowieka na Księżycu. Swoją drogą wiele za tym przemawia – lata bardzo podobne i tak dalej, ale nie będziemy przecież dokładać swojej cegiełki do i tak wielkiego kopca teorii spiskowych

W bardzo dużym uproszczeniu jest to film z gatunku science fiction, chociaż na próżno szukać w nim laserów, jakiś monstrów, super mocy czy czegokolwiek takiego. Jest to filozoficzna opowieść o powstaniu człowieka, jego ewolucji i hipotetycznych dalszych losach gatunku. Odnajdziemy tu wiele pytań, ale nie poznamy żadnej odpowiedzi, albo inaczej – odpowiedzi nie ma dać nam film, to my sami sobie mamy odpowiedzieć wedle własnej obserwacji.

Film luźno składa się z 4 części: pierwsza Świt ludzkości mówiąca nam o początkach człowieka na Ziemi, następna z wyprawy na Księżyc miliony lat później w 1999 roku, trzecia z misji na Jowisza półtora roku po tym oraz ostatnia Jowisz i poza nieskończonością. Wszystkie cztery łączy pewien znaczący element – monolit (taki blok skalny), który ewidentnie wyprzedza ówczesne sobie czasy – tu ukazany jako symbol wiedzy, większej siły, cywilizacji, mądrości, Boga – jak kto woli. Kto ma z nim styczności przeżywa swojego rodzaju przejście o poziom wyżej.

Sam film wita nas 3 minutową sekwencją ciemnego tła i niepokojącego dźwięku w tle. Wgl w filmie jest mnóstwo podobnych scen, które trwają po kilka minut pokroju leci/płynie statek czy idzie sobie jakiś typ. Jak ktoś nie ma tyle cierpliwości do takich scen to może być ciężko. Niemniej jest w tym na serio, sporo uroku i nieustającego niepokoju. Można za to łatwiej zwrócić uwagę na niektóre elementy.

Dużą rolę odgrywa tu ścieżka dźwiękowa oparta na muzyce klasycznej, nie bez powodu film ten przyrównuje się do opery. Mamy tu także sporo scen po prostu.. ciszy. Pierwsze słowa w filmie padają chyba gdzieś na oko 20-25min po starcie filmu. Chyba wszyscy kojarzą ten nieśmiertelny motyw, którym wita nas intro wyżej.

Rola aktorska to dla mnie głównie popis samego głosu podkładanego pod sztuczną inteligencję. Scena odłączenia maszyny równa chyba jedynie podobnym jak przy Zielonej Mili.

I tu chyba najcięższe, interpretacja. Dla mnie film jest symbolem jak bardzo człowiek marnuje możliwości jakie dostał, bez znaczenia od kogo/czego. Pokazuje jak bardzo „z tyłu” jest nasz gatunek niezależnie jak bardzo by się rozwinął, jakiejkolwiek technologii by nie wymyślił – zawsze będzie o krok za wspomnianym „monolitem”, bo nie to jest celem tego skoku technologicznego/intelektualnego jaki on daje. Czym różni się wspomniana, przełomowa kość od obecnej broni jądrowej? Tu nawet nie chodzi czy jesteśmy wierzący czy nie, czy wierzymy Darwinowi czy swojej religii. Tu chodzi bardziej o to, że większą część rzeczy jakie dostajemy obracamy w coś złego, o to, że rządzą nami głównie instynkty jak tymi małpkami bijącymi się o wodę czy mięso, a chyba powinniśmy być nieco wyżej pod tym względem, czyż nie? I samo to jest jedynie wierzchołkiem góry lodowej tego filmu! Filmu, dla którego kosmos i technologia nie były taką „codziennością” jak dla nas i teoretycznie powinien czuć się na tej materii znacznie mniej pewnie niż my. Sam seans staje się swoistą medytacją nad genezą i fundamentami świata, czemu sprzyjają te wspomniane wcześniej, względnie przydługawe sceny.

Film naprawdę warty zobaczenia. Bez wątpienia należy do kanonu dzieł ponadczasowych i dlatego, jeśli nie ze względów naukowych czy egzystencjalnych to po prostu dobrze obejrzeć ten film, by widzieć skąd wzięły się te wszystkie odniesienia popkulturowe, których mnóstwo w wielu lepszych czy gorszych filmach współczesnej kinematografii. Polecam.