This page is hosted for free by cba.pl, if you are owner of this page, you can remove this message and gain access to many additional features by upgrading your hosting to PRO or VIP for just 5.83 PLN.
Do you want to support owner of this site? Click here and donate to his account some amount, he will be able to use it to pay for any of our services, including removing this ad.
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl

Nowy redaktor! Zmiany na stronie, fuzja etc.

Hej.

Jak wiecie od jakiegoś czasu oprócz mnie na Pitstopie można było znaleźć także artykuły Vandiego czy Seeda. Po pewnych negocjacjach do szeregów redakcji dołącza również Kunio! Wcześniej mogliście kojarzyć go m.in. z zaprzyjaźnionej strony Wrzosowisko, bądź też z wpisów na LU-DM. Wraz z Wrzosiem na Pitstopie pojawiają się również wszystkie jego wpisy, które dostępne były na jego stronie – żeby nie zasypywać nagle falą tekstów, a też najzwyczajniej sporo czytelników już jego wpisy wcześniej przeczytało, zostały one dodane chronologicznie, według daty zamieszczenia tam. Jego strona zaś zostanie zamknięta, zawieszona. Taki transfer to spory krok merytoryczny dla strony, a i fajnie, że do serwisu mają dostęp ludzie „z przeszłością”, bo przecież Seed kiedyś również miał swoją stronę, a i warsztat Vandiego jest znany nie od dziś. Zawsze to też nieco większa szansa na nowy wpis, bo wszyscy wiemy, że z tym jest tu różnie.

W związku, że liczba redaktorów zaczyna już całkiem nieźle wyglądać, postanowiłem (przy pomocy Kunia) stworzyć każdemu, prócz normalnej strony głównej, osobny kącik w razie ktoś byłby zainteresowany tekstami tylko danego autora. Odnośnik do tego znajduje się w menu na górze, który można sobie łatwo rozwinąć. Będzie tam (lub kiedy to czytasz już jest) info o każdym z autorów, jak również o samej stronie.

Tymczasem to tyle, zapraszam do zapoznania się z nową zawartością oraz do trzymania kciuków za każdego z redaktorów by tych tekstów było jak najwięcej – za mnie na czele, bo tego, że niektórych tekstów, które sobie założyłem jeszcze nie ma to szczerze trochę aż wstyd.


Planescape: Torment – niesamowita przygoda!

Gra przez wielu uważana za najlepszą w gatunku cRPG, przez innych nawet jako najlepsza gra w ogóle. Historia bezimiennej, nieśmiertelnej postaci, która utraciła wszystkie swoje wspomnienia – poznajcie Planescape: Torment!

Czym jest Torment?

Planescape: Torment to bardzo dziwna gra pod względem odbioru. Gra po której ukończeniu zostajemy na napisach końcowych by uświadomić sobie jak świetną przygodę właśnie zakończyliśmy. Napisy się kończą, grę wyłączamy, ale przez następne kilka dni cały czas zastanawiamy się czy dokonaliśmy odpowiedniego wyboru w danym momencie, czy może mogliśmy coś zrobić lepiej? Może wtedy przygoda potoczyłaby się inaczej?
Z pewnością nie jest typowa produkcja jakich wiele na rynku, już teraz warto podkreślić, że na pewno nie jest to gra dla każdego. Wymaga odpowiedniego dawkowania, co oznacza, że po kilku godzinach grę warto wyłączyć, dać głowie odpocząć od ciągłego czytania i myślenia. Dodatkowo gra ma już prawie 20 lat dlatego nie każdy się do niej przekona, a młode pokolenie może odrzucać zestarzała już szata graficzna, czy animacje w cutscenkach. Jeśli jednak dacie tej produkcji szanse i wpasuje się ona w wasze gusta to jestem pewny, że czekają was niesamowite doświadczenia, jakich jeszcze nie spotkaliście! Ale od początku…
Planescape: Torment zostało wydane w 1999 roku przez Interplay i stworzone przez studio Black Isle, które ma na swoim koncie takie produkcje jak chociażby dwie pierwsze części Fallouta. Gra oparta jest na tym samym silniku co Baldur’s Gate, więc idzie się domyślić, że i Planescape jest klasycznym RPG.

Fabuła

Nasza przygoda rozpoczyna się w kostnicy, gdzie poznajemy naszego protagonistę – bezimienną, nieśmiertelną postać całą w bliznach, od której czuć woń kremu do balsamowania ciał. Szybko okazuje się, że nic nie pamiętamy. Poznajemy za to pierwszego kompana, latającą czaszkę – Mortiego. Na naszych plecach wyryta jest instrukcja, która brzmi jakbyśmy zostawili ją sami sobie – mamy odnaleźć niejakiego Faroda, który wszystko nam wyjaśni. Sprawa oczywiście nie jest taka prosta, bo przecież nic o nim nie wiemy, nawet gdzie go szukać, a sami jesteśmy zamknięci w kostnicy pełnej grabarzy, którzy nie popierają naszego żywota…
Cała fabuła polega na odkryciu tożsamości naszego Bezimiennego i wyjaśnienia dlaczego jesteśmy nieśmiertelni. Nie muszą chyba nawet mówić, że to właśnie historia jest największym i najważniejszym aspektem tej produkcji. Nie ma zresztą co się dziwić, jest ona bardzo dojrzała, nie raz poruszająca tematy filozoficzne. Dialogi są napisane po mistrzowsku, pierwszy raz faktycznie wcielałem się tak bardzo w postać w grze.
Rozmowy nie raz były nawet śmieszne, ale przede wszystkim bardzo autentyczne. Twórcy byli bardzo świadomi, że piszą świetne dialogi i wykorzystali ten fakt poprzez stworzenie chociażby „Przybytku zaspokajania żądz intelektualnych”, w którym można było sobie pogadać czy wyżalić się. Niby nic, niby nudne, a jednak, dzięki świetnym dialogom bardzo miło mi z obecnymi tam postaciami gawędziło Warto też zauważyć, że gra jest niczym otwarta książka, a co za tym idzie – rozmowa z niektórymi postaciami może trwać nawet kilkanaście minut. Z innych jeszcze ciekawostek, warto by było wspomnieć, że różne postacie różnie się komunikują, żebracy używają „typowo biednych” słów typu „nie chcem ale musim”, a bardziej inteligentni korzystają z bogatego zasobu słów.

Świat

Tak pochwaliłem fabułę, a nic jeszcze nie wspomniałem o genialnej kreacji świata, która jest tak różnorodna i interesująca, że aż ciężko sobie to wyobrazić. Serio – w świecie gry istnieje coś takiego jak „sfery”, które w pewnym sensie są różnymi wymiarami połączonymi portalami. No, ale wykreowanie sfer to jedno, a istoty zamieszkujące te sfery to drugie, ale spokojnie – Black Isle wykreowało również bardzo, ale to bardzo różnorodne istoty, różnorodne pod każdym względem. Każda z ras różni się nie tylko wyglądem, ale i obraną przez siebie filozofią. Jedna rasa lubi się z innymi, inna nie. Więc jeśli jesteś typem ciekawskiego gracza, który lubi wiedzieć dużo o świecie jaki go otacza – będziesz w niebie! Każdego możesz wypytać praktycznie o wszystko co by mogło cię zaciekawić. Sam mimo, że aż tak bardzo nie jestem ciekawski, to wiele razy wypytywałem różne postacie, różne rasy o różne tematy. W sferach świat niestety jest smutny, pełen bólu i śmierci…
Bardzo podoba mi się także udźwiękowienie gry. Mamy świetny soundtrack z takimi utworami jak „Deionarra theme” czy motyw przewodni karczmy „Pod gorejącym człowiekiem”. Gra ma także częściowy polski dubbing, który jest jak najbardziej na plus. W mieście, na targu słychać szum, ludzi oferujących swoje towary i tak dalej. Tak z mojego prostego narzekania szkoda trochę, że nie zaimplementowano systemu rutyn npc w zależności od pory dnia tak jak w Gothicu. Dodało by to jeszcze większe powiązanie z światem.

Towarzysze

W poznawaniu siebie pomóc Bezimiennemu może jeszcze 5 innych kompanów. Od nas zależy kogo chcemy do drużyny, a kogo nie. W sumie jest chyba 7 kandydatów. Ogólnie drużyna może być maksymalnie sześcioosobowa. Nasi towarzysze rozmawiają co jakiś czas między sobą, co przy odpowiednim „naborze” tworzy bardzo charyzmatyczną ekipę. Swoją drogą – spotkałem się gdzieś z recenzją, gdzie autor napisał, że wolał wziąć słabszych, ale ciekawszych towarzyszy niż tych najmocniejszych, ale nie pasujących do reszty ekipy, przez co finalnie stwierdził, że towarzysze w tej grze są najlepszymi towarzyszami w grach video. Osobiście nie grałem za bardzo w gry, gdzie był jakiś wątek ekipy, więc no ciężko stwierdzić, ale na pewno ma racje, że mogą być naprawdę ciekawi. Szczególnie, że każdy z nich jest inny.

Walka

Walka tutaj jest dosyć prosta – klikasz na przeciwnika i po prostu go atakujesz, nie musisz nawet ciągle klikać, wystarczy raz. Wszystko byłoby spoko, gdyby nie fakt, że postacie potrafią się bugować. Dokładnie chodzi o moment gdy w cztery osoby podchodzisz do jednego przeciwnika przez co ktoś nie atakuje, bo się zblokował i tak dalej… Na szczęście nie przeszkadza to jakoś specjalnie i da się z tym żyć. Gorzej sprawa wygląda w momencie gdy gramy magiem – animacje są tutaj bardzo ładne, ale niestety „freezują” walkę na kilka sekund. Po prostu trzeba poczekać aż animacja się skończy.
Swoją drogą – jakbyście mieli zamiar kiedyś zagrać – pamiętajcie wydawać pieniądze! Osobiście tego nie robiłem, bo cały czas myślałem, że na coś mi się przydadzą w przyszłości, przez co kończyło się to tak, że miałem 10 tysięcy w kieszeni, a amulety zdrowia się kończyły i solidnie dostawałem po dupie. W pewnym momencie swojej przygody miałem już nawet zamiar użyć jakiegoś trainera czy czegokolwiek by dostać amulety, bo postać mnie zabijała na kilka hitów, a ja nie miałem nic do uzdrawiania, ale wiecie jak sobie poradziłem? Jak już wiecie nasza postać jest nieśmiertelna, skorzystałem z tego faktu i moja walka polegała na respawn-> bieg przez kilka pomieszczeń do przeciwnika -> 3 hity -> śmierć -> powtórz. Ważne, że działa

Rozwój postaci

W Planescape: Torment bardzo ważne są także statystyki polegające na kilku cechach, która z czasem zwiększamy. Dzięki dużej inteligencji przykładowo łatwiej nam przychodzą wspomnienia, a dzięki charyzmie mamy bardzo dużo nowych opcji dialogowych, pozwalających zakończyć wiele zadań w inny sposób. Oczywiście samemu także należy dużo myśleć, w przeciwnym wypadku możemy zostać solidnie okłamani. Dlatego na samym początku warto usiąść i zastanowić się jaka ma być nasza postać i w co chcemy wpakować najwięcej punktów. Kolejną ważną rzeczą związaną z rozwojem postaci jest wybór klasy, do wyboru mamy: Mag, Złodziej, Wojownik. Klasę możemy spokojnie zmieniać ile razy chcemy – wystarczy, że znajdziemy w świecie gry przedstawicieli danego fachu. Mamy jeszcze frakcje, te jednak tak naprawdę nic wielkiego nie zmieniają. Osobiście ukończyłem grę „czuciowcem”, ale nie wiem nawet co mi to dało.

Na koniec

W sumie Planescape: Torment to dla mnie najlepsza gra pod względem fabuły jaka kiedykolwiek powstała. Gothic i Wiedźmin się chowa. Serio! Zresztą chyba ilość recenzji chwalących fabułę jest wystarczająco byście mi uwierzyli Z rzeczy, które warto jeszcze odnotować – grałem w edycje rozszerzoną na systemie windows 7 i ją właśnie najbardziej polecam. Wywaliło mi tylko raz do pulpitu, a lekko odświeżony interfejs jest znacznie wygodniejszy od oryginału. Ocena? 10/10? 9.5/10? Wszystko zależy jak oceniacie, jeśli gra musi być bez wad, choćby najmniejszych, no to dziesiątki nie będzie…

Na koniec zostawiam was z pytaniem, które kilka razy powtórzone zostało w grze: Cóż może zmienić naturę człowieka?

Idę nad tym rozmyślać


I po studiach

Czasami w życiu człowieka przychodzi moment, gdy kończy się dla niego pewien znaczący etap. Bywa to niejako data graniczna, wiecie, że po niej powinny nastąpić pewne zmiany – trochę na zasadzie, że teraz już albo w tę albo we tę stronę. 28 czerwca taka data przyszła i na mnie albowiem odbierając dyplom ukończenia studiów I stopnia i osiągnięcia tytułu zawodowego licencjata (tak napisali) kończy się dla mnie okres studencki.. przynajmniej na razie.

Na studia poszedłem bezpośrednio po skończeniu technikum. Wybrałem zupełnie inny kierunek niż w szkole średniej, z resztą tam już swój „tytuł” zdobyłem i chciałem spróbować czegoś innego, poszerzyć nieco wachlarz swoich możliwości. Inna rzecz, że poszedłem trochę prostą drogą i wybrałem najbliższą placówkę w znanym mi mieście, tym samym gdzie chodziłem wcześniej. Nie mogę powiedzieć, żeby był to kierunek wymarzony, z resztą nigdy nie myślałem o studiach w tych kategoriach, co nie oznacza oczywiście, że był on zły. Jakkolwiek w tamtym konkretnie momencie był dla mnie i według mnie najlepszą opcją. Złożyłem odpowiednie dokumenty, przyjęli mnie bez problemu i jesienią rozpocząłem studia – w moim przypadku w systemie niestacjonarnym.

Studiowanie zaocznie sporo różni się od nauki dziennej i to na wielu płaszczyznach. Przede wszystkim wiadomo, inaczej wygląda plan i rozkład zajęć – głównie były to weekendy co dwa tygodnie: sobota, niedziela, czasami też i piątek, zwykle od rana do wieczora. Jakoś trzeba było w to upchać wymagany materiał i opanować go w wystarczającym stopniu by zdać dane zaliczenie bądź egzamin. W sumie taki plan to kwestia przyzwyczajenia. Osobiście starałem się nie opuszczać wykładów, bo wychodziłem, myślę słusznie, z założenia, że zawsze coś tam z nich wyniosę, a i najzwyczajniej za coś się w końcu płaci. Oczywiście inaczej wyglądały również relacje z kolegami i koleżankami z roku – wiadomo jest różnica gdy spędza się ze sobą dzień w dzień ileś godzin jak chociażby w średniej, a inaczej w takiej sytuacji jak ta. Wiele osób bazowało raczej na znajomościach, które zostały zawarte już wcześniej czy ograniczała się do najbliższych „sąsiadów” na auli czy sali. W sumie ja praktycznie nikogo na roku na początku nie znałem, w sensie pierwsze zjazdy, bo i przekrój ludzi tam pod względem zarówno wieku jak i lokalizacji skąd pochodzili był naprawdę różny. Oczywiście zmieniało się to z czasem i zasięg kontaktów między ludźmi poszerzał się, szczególnie na ostatnim roku, gdzie ludzie byli bardziej podzieleni na konkretne specjalności i grupy.

Pewnie pojawi się pytanie czemu zaocznie i czemu tu, a nie gdzieś dalej. Szczerze, myślę że to trochę kwestia charakteru, na tamten moment nie myślałem o przenosinach się gdzieś dalej, najzwyczajniej nie widziałem takiej potrzeby. System niestacjonarny wybrałem też ze względu, że w planach miałem od razu znalezienie sobie w pobliżu stałej pracy. Z tym wyszło.. inaczej niż zakładałem wtedy, niemniej od strony zawodowej również przez ten czas spotkały mnie nowe doświadczenia różnej maści i różnego kalibru. Jakkolwiek w każdym z przypadków, jakiekolwiek by one nie były, czy to mniej czy bardziej pozytywne, człowiek może wynieść cenną lekcję.

Jeśli miałbym odpowiedzieć jednym zdaniem czy warto studiować, bo to pytanie zadaje sobie wiele osób świeżo po szkole bądź później, to tak, oczywiście, że tak, jeżeli tylko ma się taką możliwość. Nie podchodziłbym jednak do nich (do studiów) i do dyplomu jako do karty przetargowej, która zapewni nam pracę. Oczywiście bywają bardzo pomocne, czasami niezbędne i też dużo zależy od konkretnego kierunku. Chodzi mi bardziej, że warto traktować to bardziej jako kwestię ambicjonalną, że chcemy ukończyć daną uczelnię przede wszystkim dla siebie, dla własnego rozwoju, dla hmm.. niewypadnięcia z obiegu i najzwyczajniej zdobywaniu kolejnych kroków edukacji. Studia to przede wszystkim poszerzanie naszej wiedzy z wybranej dziedziny, poznanie autorytetów branży czy ludzi współstudiujących, ich doświadczenia czy generalnie ich jako ludzi. Osobiście mam nadzieję, że niektóre znajomości tam zawarte przetrwają jeszcze długi czas po zakończeniu studiów. Liczę na to chociażby w najważniejszych dla mnie osobiście przypadkach

Czy będzie kolejny rozdział? W końcu żeby dociągnąć do magistra wystarczą jedynie dwa lata, a im później się zacznie tym będzie z tym znacznie gorzej. Tak jak kiedyś mówiłem w tej kwestii kategoryczne nie, tak teraz mówię zdecydowane.. być może. Tu jednak będzie już trzeba nieco zmienić lokalizację lub inaczej – udać się do placówki nieco dalej niż znany teren. Inną kwestią są tu wspomniane wcześniej kwestie zawodowe od których, nie ma co ukrywać, wiele zależy. Trzymajcie kciuki żeby się udało zarówno w kwestii edukacji, znalezienia dobrej pracy czy innych bardziej osobistych kwestiach wyjść jakoś na prostą.


„Jaka jest cena kłamstw”, czyli o nowym serialu HBO „Czarnobyl”

Jaka jest cena kłamstw? Dokładnie takimi słowami rozpoczyna się nowy serial od HBO, opowiadający historie, której skutki są widoczne do dziś – „Czarnobyl”.  Każdy z grubsza wie co wydarzyło się w tytułowym mieście, ale może warto dowiedzieć się czegoś więcej? Jeśli uważacie, że warto to zapraszam do przeczytania mojej opinii na temat tego dzieła.

Zacznijmy od największego i chyba jedynego problemu, który początkowo może nas odrzucać. Otóż aktorzy mówią po angielsku, tak… po angielsku, nie po rosyjsku. Jest jednak na to bardzo proste wytłumaczenie/wymówka, którą ja kupuje – aktorzy wymuszający rosyjski akcent to zapewne byłaby tragedia. Więc jeśli był wybór między tragicznym rosyjskim, a angielskim, to wydaje mi się, że dobrze wybrano Ale jak już jesteśmy przy tematach z głosem i akcentem – tutaj każdy ma tak cudowny głos, głos, którym dodatkowo świetnie grają, że to jest miód dla uszu, a w połączeniu z mimiką to już w ogóle bajka Nie no, ale serio, aktorstwo tutaj jest idealnym przykładem jak powinno się grać. A właśnie, warto by było coś napisać o castingu, bo ten także jest w pełni udany. O tym, że aktorzy spisują się świetnie już wiecie, ale twórcy załatwili taką charakteryzacje, że trójka oskarżonych jest po prostu świetnie odwzorowana.

U góry serial, na dole prawdziwe zdjęcie 0 _ 0

Hmm, co my tu jeszcze mamy takiego świetnego? Ano tak! Zdjęcia! Zdjęcia są genialne, gra świateł – genialna. Wszelkie światła nienaturalne są przedstawione po prostu po mistrzowsku. Serio, praktycznie w każdej scenie znajdziemy kadr, który nadawałby się na tapetę Nie możemy pominąć także świetnej gry dźwięków. Ten serial po prostu stoi na dźwiękach. Cały czas coś tam słyszymy jakieś pukanie, jakieś szumy. W trakcie oglądania nie skupiamy się na tym tak bardzo, ale uwierzcie, że gdyby nie to serial mocno ucierpiałby na klimacie.

Odchodząc jednak od strony typowo audiowizualnej, warto by było zauważyć, że bardzo starano się nam przedstawić jak wadliwy był „system” ZSRR, jak to wszystko tam wyglądało i jak zatajano ważne fakty. Szczególnie dobrze się to wszystko ogląda, gdy nie zna się dokładnie historii Czarnobyla i nawet żadnego powiązanego nazwiska. A zbudowanie tego wszystkiego na 5 odcinkach wyszło genialnie, każdy odcinek prezentował dany moment, daną czynność, a po obejrzeniu całości, ma się chęć wrócić do pierwszego odcinka, by wyłapać to, czego nie rozumieliśmy na początku.

Na koniec taka ciekawostka – Rosja tworzy swoją odpowiedź Czekamy!

Psst. Cześć wam! Moja pierwsza notka tutaj


Avengers: Endgame – recenzja (raczej bezspoilerowa)

Marvel Cinematic Universe, czyli kinowe Uniwersum Marvela to jedno z największych o ile nie największe kinowe uniwesum nie tylko ostatnich lat, ale i generalnie współczesnego kina popkulturowego, porównywalne chyba już tylko i wyłącznie ze światem Gwiezdnych Wojen. Premiera filmu Avengers: Endgame, który wieńczy pewien cykl MCU to dla wielu fanów (i nie tylko!) jak to lubię określać „prawdziwe święto popkulturowe”, a że święta święcić trzeba to do kina udałem się także i ja pełen nadziei na piękne, filmowe widowisko.

Na wstępie warto zaznaczyć, że nie uważam się za jakiegoś wielkiego znawcę i miłośnika MCU – nie mam zaliczonych wszystkich filmów, nie zarywałem nocy na forach fanowskich debatując nad kolejnymi teoriami spiskowymi, nie chodziłem w stroju Iron Mana jak byłem mały, ale wiem o co w nich chodzi, miałem również przygodę z zainteresowaniem samymi komiksami w przeszłości, a i najzwyczajniej, jeśli ktoś chociaż trochę interesuje się kinem superbohaterskim to nie sposób niektórych rzeczy nie znać i nie wiedzieć, bo wiele z nich stało się już niemal klasykami. Do Endgame podszedłem więc może bez pewnego bagażu emocjonalnego, ale wydaje mi się, że jako świadomy widz, który wie skąd biorą się następstwa, które widzi na ekranie. I tu pojawia się też rzecz, która chciałbym by wybrzmiała już teraz – Koniec Gry, jak to nazwał polski dystrybutor, to jak to już ktoś określił przede wszystkim laurka dla fanów cyklu i ludzi obeznanych z tematem i to oni wyniosą najwięcej, ale i wbrew pozorom także dobry film dla tych, którzy przyszli jedynie na to podsumowanie. W ogóle krótka dygresja – spośród już całkiem sporej ilości filmów na jakich byłem w kinie, widownia na tym była zdecydowanie najbardziej żywiołowa i to na całym spektrum emocji – od gromkiego śmiechu przez pociąganie nosem w smutnych momentach.

Robiąc zarys historii, oczywiście nie zdradzając niczego, czego jakoś szczególnie nie wiemy – zastajemy naszych bohaterów po sromotnej porażce (Infinity War), gdzie to powiedzieć, że są po niej przybici to nic nie powiedzieć. Co nie jest jednak niczym zaskakującym, jeśli oglądaliście zwiastuny, w związku z pewną zmienną postanowią mimo wszystko jeszcze raz podjąć walkę, by idąc w tym momencie trochę w kolokwializm, cała sprawa zakończyła się raz na zawsze w tę lub w inną stronę, by przyszedł finalny Koniec Gry.

Przede wszystkim film ten pokazuje superbohaterów z wyjątkowo ludzkiej strony na znacznie większą skalę niż w poprzednich filmach – żałobę czy radość, generalnie złe i dobre emocje, których doświadczają. Ten ludzki element przewija się nie tylko na początku filmu, ale praktycznie do jego końca i jest widoczny również w momencie, gdy postaci są pokazane nam już jako obdarzone supermocą. Co ciekawe niektóre z głównych postaci z tym swoim elementem ludzkim (lub inaczej, pod wpływem pewnych czynników, następstw) nabierają zupełnie nowego wymiaru i przez to możemy na nich spojrzeć z zupełnie innej strony. Kwestią indywidualną odbiorcy jest to czy wychodzi to im na plus czy nie, ale na pewno jest to coś niespodziewanego. Generalnie największej „siły” możemy spodziewać się od postaci, od których normalnie byśmy się jej nie spodziewali.

Inną sprawą jest tu „drugie dno” historii, bo oczywiście możemy spojrzeć na ten film jedynie przez pryzmat jego epickości, pojedynków czy scen bitewnych (tu znów, w skali porównywalnych jedynie z tymi z Gwiezdnych Wojen czy filmów na bazie prozy Tolkiena), ale to przede wszystkim historia o przeszłości, przyszłości i teraźniejszości, wpływu naszych działań na nie i następstw jakie za sobą niosą. Dochodzi tu teoria alternatywnych rzeczywistości, która przynajmniej mnie szczególnie uderzła, znana chociażby z Faceci w Czerni 3 czy… tu może żeby zbytnio nie spoilerować z innych filmów, które również są wspomniane w Endgame. Wcześniej wspomniałem o święcie popkulturowym – generalnie w Końcu Gry możemy wychwycić nie tylko niezwiązania do samych filmów Marvela ale również do klasyków kina generalnie. Wiąże się to także z humorem, którego w tym filmie jest multum i to nawet nie tylko takiego prostego, ale również sytuacyjnego, gdzie trzeba wychwycić pewien kontekst.

Żeby nie było tak różowo należy zwrócić uwagę na pewne mankamenty. Film momentami idzie bardzo prostą linią oporu pod względem fabuły i nie, nie chodzi tu o jakiś większy pretensjonalizm, ale swojego rodzaju kwestie, które jakkolwiek są wytłumaczone, tak z boku mogą wydawać się jednak zbytnim uproszczeniem, szczególnie że (tu już jest to błąd marketingowy i to w moim mniemaniu dość znaczny), przed Endgame został już zapowiedziany kolejny film Marvela, a więc dodając jedno do drugiego niektórych rzeczy mogliśmy się domyśleć trochę zbyt szybko. Analogicznie jest z niektórymi postaciami przy których był efekt „pompowania balonika”, a finalnie nic z tego specjalnie nie wyszło, ale tu chociaż możemy mówić o jakimś zaskoczeniu. Niektórym mogą też nie pasować generalnie niektóre rozwiązania wątków, ale ja osobiście je rozumiem, szczególnie, że jakoś trzeba było je domknąć, patrząc na fakt, że jest to film wieńczący pewną fazę uniwersum.

Pod względem technicznym nie ma się za to absolutnie do czego przyczepić. Wszystko gra pod względem kompozycji, z resztą i nawet film mimo trwania 3 godzin nie dłużył się w żadnym momencie. Graficznie sceny robią wrażenie, a i muzyka dodaje „tego czegoś” co powoduje ciarki na rękach.

Avengers: Endgame śmiało zmierza po status najbardziej kasowego filmu w historii kina. Już teraz osiągnął najlepsze otwarcie, jednak nadal nie zapewnia mu to 1 miejsca ogólnie – te nadal śmiało dzierży Avatar i szczerze, chyba czas już najwyższy by ustąpił ze swojej pozycji. Na pewno Koniec Gry jest dobrym kandydatem by zapełnić to miejsce i każdy dolar, euro czy złotówka wydana na seans nie będzie stracona.